środa, 24 maja 2017

Burze krążą wokół nas...




Wczorajszy dzień obfitował w dziwne wydarzenia meteorologiczne. Zaczął się całkiem zwyczajnie – nad miastem rozbłysło słońce, temperatura podskoczyła do +22°C, zaś ciśnienie sięgnęło 1033 hPa. I tak było do godziny 10:30, potem zaczęło być dziwnie... 

Najpierw zza południowo-zachodniego horyzontu wypełzły buro-sine chmury, potem usłyszeliśmy grzmoty. Przygotowaliśmy się do burzy, która tymczasem srożyła się nad Orawą, Tatrami i Pasmem Babiogórskim, powoli przemieszczając się w kierunku NE-E i E. 


Około godziny 13:00 zauważyliśmy, że w naszej okolicy tworzą się klastery burzowe. I znowu burze omijały nas od południa i północy. Słychać było pomruki piorunów, sino-szare chmurzyska przetaczały się przez niebo i… trochę z nich pokropiło i to było wsio


O godzinie 16:00 mieliśmy ogromny pas burz sięgający od Przylądka Matapan aż do Kijowa. I znów rzecz ciekawa – omijały one Jordanów z obu stron. Pan Bednarz twierdził, że to była robota Matki Boskiej Pani Jordanowskiej, która osłaniała nas swym płaszczem…😉


O godzinie 18:00 niemal jednolity front burzowy zaczął się rwać i wygaszać. W Jordanowie za dobę spadło zaledwie 2,27 dm³/m², czyli właściwie nic. 


Opady dały się we znaki Słowakom i Węgrom. Także w Polsce odnotowano kilkaset interwencji PSP i OSP. Na Hali Gąsienicowej spadło 36 mm deszczu, w Pszczynie – 50 mm, w Wadowicach – 25 mm. W Poroninie spłonął dom od uderzenia pioruna. U nas była cisza i spokój, tylko od czasu do czasu słyszeliśmy huk piorunów.





Zaś w dniu dzisiejszym nad Beskidami zawisły ciemne chmury i co najciekawsze, w ciągu dnia spadała temperatura powietrza. To znaczy rano zmierzyłem +13,1°C, około południa było +16,1°C, ale o 15:30 było już +12°C! Oznaczało to, że przeszedł zimny front i nad Polskę napłynęło arktyczne powietrze ze skandynawskiej lodówki.



Kto wie, czy nie przyjdą znowu mrozy…? W TV zapowiadany jest upał w weekend i w przyszłym tygodniu. Pożyjemy – zobaczymy, kto ma rację…   

O migrantach i hybrydowym szariacie





Napisane po zamachu w Manchesterze.

O migrantach i hybrydowym szariacie

O czasu do czasu w lewicowych czasopismach czytam felietony różnych autorów pomstujących na prawicę, że nie chce przyjmować uciekinierów i innych migrantów do Polski, że Polacy są podli i niegościnni, że się boją muzułmanów, bo są katolikami, itd. itp. Jednym słowem będziemy mieli w tym kraju cudownie, jak wpuścimy tutaj 7000 islamskich migrantów i zapewnimy im opiekę na… no właśnie – na jaki okres czasu? Pytanie jest ważkie, bo jak długo ci ludzie będą na terytorium naszego kraju?

Po drugie – kto za to wszystko zapłaci? Państwo? Państwo i jego finanse, to są pieniądze z naszych podatków – a więc mamy łożyć na nich wszyscy? Co to, to nie! Państwo obrabowało mnie z 2/3 mojej emerytury i ja mam jeszcze ponosić koszta pobytu jakichś cudzoziemców, co to po polsku ani be ani me, ale będą mieli wieczne pretensje o to, że im ciągle mało. Już tak jest we Francji, Austrii czy Niemczech – u nas będzie dokładnie to samo! 

Ktoś powie, żeby się chwycili jakiejś roboty. OK., tylko jakiej? Dla Polaków jej nie ma, na co gorsze stanowiska pracy weszli Ukraińcy… Ale z drugiej strony czy widział ktoś pracowitego Araba? Ja jeszcze nie. No, zresztą Arab ma do roboty swe kobiety, on pracą się nie kala i nie hańbi. Niech pracują na niego frajerzy z Polski, Niemiec, Francji… Tak więc opowieści o pracowitych Arabach wkładam między bajki. To mity rozsiewane przez nieodpowiedzialnych półgłówków, którzy nawet jeżeli patrzą i widzą, to nie myślą i nie wyciągają wniosków! Tak więc miłośnicy migrantów i uchodźców – chcecie ich w Polsce to proszę bardzo – na własny koszt, a nie za społeczne pieniądze! I trzymajcie ich u siebie w domu. 

Zapłakujących się nad tzw. „uchodźcami” chciałbym zapytać – jak to jest, że nie są to ludzie w łachmanach i głodni, wychudzeni jak niemalże więźniowie z Auschwitzu (jak się spodziewałem), ale w większości to odziane w markowe ciuchy, z markowym sprzętem łączności, spasione, niewyżyte seksualnie bysiory? To, co migranci pokazali w noc sylwestrową w Niemczech dowodzi tego, że mają oni dokładnie gdzieś prawa narodów, które ich przyjmują i – co gorsza – chcą być absolutnie bezkarni i nie odpowiadać za swe czyny! Czy tego naprawdę chcemy? Chcecie mieć migrantów w Polsce – OK., proszę bardzo, ale na własną odpowiedzialność karną i materialną, którą będziecie ponosili tak, jakbyście to sami zrobili!

Jestem lewicowcem i ateistą, ale nie życzę sobie, by ktoś nawracał mnie na „jedynie słuszną” wiarę. I niech to wreszcie zrozumieją ci, którzy uważają się za lewicowców – bo w przypadku przejęcia władzy przez muzułmańskich migrantów ci lewicowcy i lewacy także będą podlegali prawu szariatu. I dlatego jestem przeciwny wszelkim migrantom z krajów muzułmańskich. Nie potrzebujemy w Polsce wojen religijnych. Kiedy wreszcie apologeci przyjmowania obcych nam kulturowo i potencjalnie wrogich mas ludzkich zrozumieją, że po przyjęciu pewnej liczby migrantów zaczną oni wywierać na rdzennych mieszkańców presję i powoli, ale skutecznie, przejmować ich ziemie? Zacznie się niewinnie: tu meczet, tam jakiś dom kultury, a potem ani się nie obejrzymy, a już wyrośnie nam muzułmańska enklawa, której mieszkańcy będą żądać specjalnych praw dla siebie, a potem po prostu przejmą władzę nad danym obszarem i całym krajem. A kto im to umożliwi? Oczywiście „pożyteczni idioci” tak bardzo domagający się ich obecności w Polsce… 

I jeszcze à propos wojen religijnych – na miejscu tych wszystkich Żydów zamieszkałych w Polsce zastanowiłbym się dwa razy nad kwestią przyjmowania migrantów z Bliskiego Wschodu. Grecy, których przyjęliśmy w czasach rządów „czarnych pułkowników” to Europejczycy i ludzie cywilizowani, Ukraińcy to jednak Słowianie i chrześcijanie. Część z nich się zasymilowała, wszyscy pracują i zarabiają w Polsce, ale ci z Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu? Czy ktoś się nie zastanowił, co się stanie, gdy urosną w siłę i przeniosą swe konflikty – np. żydowsko-arabski czy jakieś afrykańskie waśnie plemienne i międzyplemienne na polski grunt? Czy ci piewcy multi-kulti nie są w stanie zrozumieć, że nie będzie żadnego multi-kulti tylko konflikt zbrojny przeniesiony z Bliskiego Wschodu w polskie realia? Czy już niektórzy Polacy aż tak zgłupieli, by sprowadzić na siebie nieszczęście? Na miejscu polityków z PO bym się zastanowił poważnie nad tym problemem. 

Nie jestem stronnikiem proroctw Nostradamusa, ale przewiduje on drugi Holokaust – tym razem współcześnie. W świetle tego, co napisałem jest on więcej niż możliwy. I to jest to największe zagrożenie, jakie upatruję w tej pokojowej inwazji islamu na Europę, której winni są przede wszystkim ci, których polityka kolonialna doprowadziła Afrykańczyków do skrajnej nędzy, a islamistów do antyeuropejskiej krucjaty prowadzonej przez ISIS. Winnymi są wszystkie mocarstwa kolonialne. Nostradamus pisze o tym wyraźnie w swych Centuriach:

Synagoga bezpłodna i nie mająca skutecznych wyników
Znajdzie pomoc wśród niewiernych
Grożą jej prześladowania ze strony córy Babilonu
Biednej i smutnej przytną jej skrzydła
Centuria VIII, 96

Pod Babilonu wszetecznym wpływem
Powstanie wielki przelew krwi
Ziemia i morze, powietrze i niebo nie okażą łaski
Podział, głód zaraza, królestwo zbałamucone
Centuria I, 55

Bóg będzie sam prześladował Kościół
Święte kościoły będą splądrowane
Dziecko zostawi matce tylko koszulę
Wówczas Arabowie sprzymierzą się z Polakami
Centuria I, 72
No cóż, Kościół jest sam sobie winien, to jest tak oczywiste, że tego nie komentuję. Szkoda na to słów. Zresztą Włochy staną się na pięć stuleci muzułmańskie, a Francja będzie wciąż walczyła z muzułmanami o swoją tożsamość kulturową.

Ten, który piekielnych bogów Hannibala
Ożywi znów ku przerażeniu ludzi
Nigdy nie było większego nieszczęścia, ni gorszych wiadomości w gazetach
W przeszłości, niż te, które przyjdą do Włochów z Babilonu
Centuria II, 30

Religia nazwana od imion mórz wygra
Przeciwko sekcie synów Adalucatifa
Zawzięta sekta żałośnie zadrży
Przed dwoma zranionymi przez Alepha i Alepha
Centuria X, 96

Nadejdzie okrutna sekta w długich sukniach
Kryjąc pod nimi ostre sztylety
Ich wódz zajmie Florencję i dwakroć ją spali
Drogę mu otworzą niedojrzali głupcy
Centuria X, 33

To, że się Żydzi będą wyrzynać z Arabami, też zwisa mi fioletowym kalafiorem. Nie robią niczego innego od 5000 lat. Mogą się wyrzynać do upojenia. 

„Niedojrzali głupcy”, to wszelkiej maści „pożyteczni idioci” głoszący multi-kulti itp. bzdurne idejki. Dostaną to, czego chcieli – nożem po gardle. I dalej:

Mleko, krew i żaby wyruszą z Dalmacji
Nastała wojna i zaraza w Albanii
Głośny krzyk odbija się echem po krajach Słowian
Wtedy monstrum narodzi się w Rawennie
Centuria I, 32

Rozżarzony ogień na zachodnim niebie
U ujścia i źródeł Rhne
Głód i miecz, pomoc przychodzi za późno
Persja wyrusza, by napaść na Macedonię
Centuria II, 96

Natomiast martwi mnie to, że znów Polacy będą ginąć w bezsensownych konfliktach, w imię obcych racji i interesów, a Polska może się zamienić w drugi Bejrut czy Rwandę. I trzeba być ciężkim idiotą, by tego pragnąć.

Inna rzecz, że ci złaknieni multi-kulti zwietrzyli kasę do zarobienia i dlatego chcą sobie wykroić jak najwięcej z tego tortu, którym jest budżet państwa, który przeznaczy środki na pomoc dla „uchodźców”. Bo o kasę w końcu tutaj chodzi. I to oni będą winni przelanej krwi. 

Dlaczego to piszę? Bo to jest ostrzeżenie, ale z drugiej strony to kto w tym nieszczęsnym kraju słucha ostrzeżeń? Jak widać nikt.  

sobota, 20 maja 2017

Jordanowianin na przedprożu Szamballi





W dniu 19.V.2017 roku, w jordanowskim MOK odbyła się prelekcja Pana Damiana Wichra, który zapoznał słuchaczy z wrażeniami ze swej podróży do Indii i Nepalu. 

W czasie prelekcji pokazał on wiele zdjęć i filmików z życia codziennego Indii i Hindusów, hinduskiego wesela i ceremonii pogrzebowych nad brzegiem świętej rzeki Gangesu. Poza tym pokazał nam zdjęcia i filmy z Katmandu i Pokhary – dwóch największych miast Nepalu.

Najciekawszą jednak była jego wyprawa pod stoki Annapurny - 8091 m n.p.m. – to jest 9-ty co do wysokości szczyt na Ziemi. Pan Wicher opowiedział o swych niecodziennych przygodach, niezwykłych znajomościach, wspomniał ciepło o rosyjskich i ukraińskich towarzyszach podróży, o górskiej chorobie, o palącym słońcu i mroźnych nocach, o niezwykłych zwierzętach, które napotkał a także o niezwykle smacznym jedzeniu, które mu serwowano w hostelach i schroniskach. No i przede wszystkim o porażającym, surowym pięknie tego przedproża Szamballi – mitycznej krainy mędrców buddyzmu, lamaizmu i religii Bön…

A jak tam było, to opisuje jego poputczyk[1] Pan Wiaczesław Doczenko w swym blogu, który pozwoliłem sobie zacytować, bo warto:  

Dzień 5, 17.III.2017 (trzeci dzień pieszego trekkingu).
Upper Pisang (3310 m) 

I tak dzisiaj nigdzie nie poszedłem. Pospacerowałem po Górnym Pisangu, zajrzałem do klasztoru (niezwykłe miejsce) zachwyciłem się odkrywającymi się widokami na szczyty Annapurny II i Annapurny IV, zszedłem do Niżnego Pisangu i zaczerpnąłem wody. I w ogóle odpocząłem. Wieczorem najpierw spotkałem Damiana – chłopak z Polski szedł wraz z dwoma przyjaciółmi z Indii, a prowadził ich miejscowy przewodnik. Damian dowiedziawszy się, że jesteśmy Rosjanami, (chłopaków z Odessy wszyscy, oczywiście, zrazu uznawali za Rosjan) zaczął śpiewać „Kalinka-malinka”, a potem zaśpiewał kilka linijek „Katiuszy”, czym nas uradował i przyjemnie zdziwił.
Po zachodzie słońca temperatura spadała bardzo szybko, nocami padał śnieg, spać w nieogrzewanych pokoikach ze szczelinami w oknach było zimno. Poranny gorący tusz to nie było takie proste (najpierw trzeba się było rozgrzać na ulicy i w pomieszczeniu przypominającym wiejską toaletę wziąć prysznic, a potem szybko się ubrać i biec do żelaznej „kozy” w pokoju ogólnym).

Dzień 6, 18.III.2017 roku (czwarty dzień trekkingu)
Upper Pisang - Ngawal (3680), około 10 km, różnica wysokości +370 m. 

Zjedliśmy śniadanie i w drogę. Teraz już razem (ja i chłopaki z Odessy). Trzeba dostać się do Manangi i są do tego dwie drogi. Pierwsza – niższa droga, krótsza i lżejsza – lżej się nią można dostać do Manangi w czasie 1 dnia. Druga droga – wierchowa perć przez Ngawal. Trzeba poświęcić na nią 2 dni, by się dostać do Manangi (jeżeli nie wystartujecie o 5 rano i nie będziecie biegać cały dzień). Ale za to z tej perci rozpościerają się niezapomniane widoki! Jest to jeden z najbardziej widowiskowych odcinków trasy.
Na szlaku znów spotykamy Damiana i jego indyjskich przyjaciół. Podczas kolejnego popasu, po herbacie, Damian proponuje zaśpiewanie czegoś. Tak więc, otoczeni górami Rosjanie, Ukraińcy i Polak śpiewamy „Razcwietali jabłoni i gruszy” i sprawia to niezapomniane wrażenia. Damian praktycznie nie zna rosyjskiego, ale piosenek się nauczył. Sympatycznie.
Doszedłszy do Ngawal, stanęliśmy w loggi (hostelu) Shanti, który okazał się być jednym z najlepszych na trasie. Każdy pokój miał swoja toaletę. Prysznica wprawdzie nie było – najwidoczniej woda zamarzała w rurach. Wiadro gorącej wody – to wszystko, co mogli nam zaproponować. W godzinę po naszym zamieszkaniu do tego hotelu przybył także Damian ze swymi przyjaciółmi. Przegadaliśmy cały wieczór u „kozy” i rozeszliśmy się do swoich pokoi pospać. 

Dzień 7, 19.III.2017 roku (piąty dzień trekkingu)
Ngawal – Manang (3540 m). Około 10 km, różnica wysokości: -140 m.

Tutaj także są dwie drogi – krótki i wierchowy poprzez Chulu. Poszliśmy krótkim szlakiem. Oczywiście miejsca przepiękne, ale pożałowałem tego, że nie wybrałem wierchowej drogi. Jest ona dłuższa i trudniejsza, ale zapewne bardziej interesująca. Następnym razem poszedłbym przez Chulę (tylko trzeba wziąć pod uwagę, że w marcu może tam być jeszcze dużo śniegu).
W zasadzie do Manangi iść nie jest tak trudno. Nie zyskujemy, ale tracimy na wysokości. Jednak jeden z Hindusów bardzo się zmęczył, chociaż szedł na pusto (wszystkie jego cięższe rzeczy niósł tragarz). W Bhraga natrafiliśmy na piekarnię – można w niej kupić pieczywo, wypić filiżankę kawy i kupić smacznego, wegetariańskiego burgera. Manang – ostatni przyczółek cywilizacji przed wyjściem na przełęcz. Można tam jeszcze dojechać jeepem, jest tam wielu ludzi, sklepikarzy. Jest tam także parę „kinoteatrów” (drewniane budyneczki podobne do stodoły, w środku których stoi projektor i kilka pokrytych skórami jaków siedzeń, zaś repertuar np. jest taki: „7 lat w Tybecie”, „Everest” i co tam jeszcze, ale można sobie wybrać jeszcze inne filmy z tutejszej kolekcji DVD. Ale gorącego prysznica na gaz nigdzie nie znaleźliśmy – znowu musieliśmy się zadowolić wiadrem gorącej wody.

Dzień 8, 20.III.2017 roku (szósty dzień trekkingu)
Manang – Yak Kharkha (4050 m), około 10 km, różnica wysokości: +510 m.

Przede wszystkim chciałem pójść do Thorung Phedi, by zyskać na czasie. Ale Żenia mi to odradził (i bardzo dobrze zrobił), bowiem w przeciwnym przypadku musiałbym wyrabiać 1000 m wysokości w czasie 1 dnia. Sądzę, że to mogłoby położyć plan pokonania przełęczy. 😀
Rankiem okazało się, że ten Hindus, który wieczorem tak się zmęczył, złapał górską chorobę. On przez całą noc chrypiał, jego wargi zsiniały, puls zwolnił do 40, a z jego ust poszła piana. Od razu podłączyli go do tlenu, wezwali helikopter (na szczęście w Manandze znajduje się lądowisko dla helikopterów, zaś jego ubezpieczenie pokrywało koszty) i przewieziono go do Katmandu, gdzie (jak się dowiedzieliśmy potem) jemu od razu się poprawiło. Poleciał z nim drugi Hindus, zwolnili przewodnika, zaś Polak Damian poszedł dalej z nimi.
Im wyżej się wznosiliśmy, tym bardziej odczuwałem wysokość – przyspieszony oddech, ale dojść do Yak Kharkha nie było trudno. Wieczorem po kolacji rozbolała mnie głowa, a szczególnie potylica. Pomyślałem wtedy, że po prostu ucisnęło mi jakiś nerw. Poszedłem dość wcześnie spać – na noc prognozowano -17°C. Już nawet nie wiem, czy było tak zimno, czy nie ale spałem w pełnym ubraniu: termiczna bielizna, ciepłe spodnie, kurtka i czapka w sypialni i pod kocem. Nie zamarzłem, ale ciepło też nie było. Rankiem wszystkie kałuże były zamarznięte do dna.

Dzień 9, 21.III.2017 roku (siódmy dzień trekkingu)
Yag Kharkha – Thorung Phedi (4500 m), około 7 km, różnica wysokości: +450 m.

Rankiem łyknąłem swoją pierwszą tabletkę na górską chorobę (prawdę powiedziawszy powinienem wziąć je wcześniej). Już po pierwszych 2 kilometrach trasy rozbolała mnie głowa, iść było ciężko, chłopaki poszli do przodu, a ja zostałem daleko w tyle. Z przeciwnej strony szli jacyś ludzie i mówili o zamkniętej, zasypanej śniegiem drodze na przełęcz… A ja czułem się coraz to gorzej. Głowa bolała i całe samopoczucie jak przy wysokiej temperaturze – szedłem powoli i często przystawałem. Musiałem wyglądać nieszczególnie. Dwa-trzy razy tragarze, którzy przechodzili obok pytali o moje samopoczucie i dowiadując się o silnym bólu w tyle głowy radzili zejść niżej. Okazało się, że ból w tylnej części głowy jest groźnym symptomem górskiej choroby (jak to zrozumiałem z gestykulacji nepalskich tragarzy).
Do Thorung Phedi doszedłem jak na autopilocie, odliczając każdy krok i zatrzymując się na odsapkę co każde 100 m. głowa jakby rozlatywała się od środka, a każdy krok okupowałem silnym bólem. Doszedłszy do celu po prostu usiadłem na stopniach nie mając sił iść dalej. Wkrótce się okazało, że nie wolno siadać w takim przypadku. Należy chodzić, głęboko oddychać, nasycając krew i mózg tlenem. Wykorzystując tą wiedzę, poczułem się nieco lepiej. Wziąłem jeszcze półtorej tabletki od górskiej choroby. Pod wieczór poczułem się lepiej. Należy do tego pić jak najwięcej, byle nie alkoholu – oczywiście – słodkich napojów. No i oczywiście jeść.
W naszym hotelu – Thorong Base Camp Lodge – znalazł się dla nas całkiem dobry pokój. Właścicielką jest panna Kate z Ameryki i wszystko tutaj wygląda całkiem cywilizowanie, (wprawdzie pokoiki są małe i ciemne, ale tutaj tylko jest się kilka godzin na nocleg). Zobaczyliśmy tam gitarę i poprosiliśmy ją o nią, a potem zaczęliśmy śpiewać przeboje „Kina” i „DDT”. Przysiedli się do nas Izraelczycy i wzięli do rąk ręczny bęben, tamburyn i szejker. Na prośbę o zaśpiewanie czegoś po angielsku zaśpiewałem „Rape Me” Kurta Cobaina (i wielu to podchwyciło). A potem poszło „Yesterday”, „Smells Like Teen Spirit” i jeszcze parę piosenek po angielsku, jakie znałem. Zerwałem strunę, ale szybko znaleźliśmy zamiennik. I tak właśnie niezwykle zakończyliśmy wieczór. 

Dzień 10, 22.III.2017 roku (ósmy dzień trekkingu)
Thoroung Phedi – przełęcz Thorong La (5416 m) – Muktinath (3800 m), około 15 km

Tego dnia przyszło nam wyrobić wysokość 1000 m, przejść przez przełęcz a potem zejść do Muktinath. Wychodzimy jeszcze do ranka, o około 05:30. Najpierw zaczyna się stromym podejściem – do siodła przełęczy wszystkiego 5 km drogi, ale różnica wysokości wynosi +1000 m. iść trzeba powoli, oddychać często – czuje się niedostatek tlenu. I oto niebo zaczyna blednąć, jaśnieć, gwiazdy bledną i znikają – tylko jeden Księżyc świeci na nieboskłonie. Najpierw świecą wierzchołki gór za plecami, a potem światło rozlewa się na stokach, słońce podnosi się coraz wyżej – witaj nowy dniu! Witaj cudowny poranku w górach. To właśnie dla takich momentów ludzie idą w góry, marzną, cierpią z niedostatku tlenu i innych niewygód.
W High Camp robimy małą przerwę na herbatę. Żenia z Dimą poszli do przodu, a my z Damianem i Leną idziemy wolniej. Znowu zaczyna mnie boleć głowa, coraz silniej z każdym metrem wysokości.
Idziemy dalej. Wokół nas tylko śnieg i góry. Śnieg, śnieg, śnieg. Słońce świeci niemiłosiernie ostro. Jeżeli się nie nasmarujesz kremem z filtrem UV, to opalisz się za mocno. Ochronna warstwa atmosfery jest tu o wiele cieńsza, słońce szaleje, ultrafiolet spala. Obowiązkowo trzeba mieć okulary przeciwsłoneczne, bo inaczej nabawicie się śnieżnej ślepoty. Bardzo trudno jest wytrzymać bez okularów choćby minutę.
Idę powoli. Damiana też męczyła choroba wysokościowa, do tego zaczęło boleć serce. Ale idziemy powolutku. Wokół jest pięknie. Piękno to surowe, nieco obce. Słońce świeci, nie ma nawet chmurki, ale niebo nie jest niebieskie. Ma ono jakiś niezwykle ciemny niebieskofioletowy odcień, jakby za cienką warstwą atmosfery zaczynał się czarny i zimny kosmos.
Ogólnie rzecz biorąc, droga z Thorung Phedi do przełęczy zajęła mi prawie 6 godzin. Czułem się tak, jakbym był pod wpływem alkoholu, miał grypę z temperaturą i astmę jednocześnie. Ale da się to przeżyć. A pogłoski o zamkniętej przez śniegi przełęczy okazały się grubo przesadzone. Albo wszystko tam się zmieniło w ciągu paru dni. Tak, trzeba iść po wąskiej ścieżce w śniegu, ale jakichś specjalnych problemów z tym nie było. A także zazwyczaj w tym czasie nie ma tam tak dużo śniegu, a jak zrozumiałem, w tym roku marzec okazał się być zimniejszym i śnieżnym niż zazwyczaj. Na siodle przełęczy znajduje się mała herbaciarnia, można się tam napić herbaty czy kawy. Sfotografować się z flagami i tabliczką z pamiątkowymi pozdrowieniami z okazji zdobycia przełęczy.
I w dół. Do Muktinathu. Oczywiście lepiej i lżej się schodzi. I chociaż każdy gwałtowniejszy ruch odzywa się gwałtownym bólem głowy, ale im niżej tym lżej. Słońce ostro grzeje poprzez kaptur – czapkę zdjąłem. Ale nie wolno zdejmować nakrycia głowy – od razu spali twarz. Ale i tak spaliło – w samolocie zdzierałem z siebie skórę, ale na szczęście bez słonecznych oparzeń. 😀 Na zejściu doganiamy i przeganiamy wielu – zbocze jest miejscami strome i trzeba iść ostrożnie. Kilka razy się przewracam, ale to nie jest straszne. Im niżej, tym mniej przyjemnie się idzie – śnieg się topi, w dół idą potoki, wszystko jest mokre i brudne. W pewnym miejscu pośliznąłem się i padłem w błoto – nieprzyjemnie. Ale nic się nie stało 😀 Na dół, na dół. W miarę zmniejszania się wysokości, górska choroba mija. Wieczorem, kiedy doszliśmy do Muktinathu, nie pozostało po niej ani śladu. Nic, poza silnym zmęczeniem.
Sam Muktinath sam niczego sobą interesującego moim zdaniem nie przedstawia. Tutaj już pojawia się droga, są jeepy i nawet autobusy. Uważam, że iść dalej pieszo nie ma żadnego sensu – najpiękniejsza i najciekawsza część trasy jest już poza mną. Mówią, że w październiku można dojść jeszcze do Marphy, gdzie dojrzewają jabłonki i jest bardzo ładnie. Ale teraz jest jeszcze wczesna wiosna i nie ma żadnych jabłek i chcemy się jak najszybciej dostać do Pokhary. Wszystkie autobusy i jeepy już odjechały, a pozostałe domagają się kupy kasy za podwózkę do D’jomsom. Ale nam się udało – znaleźliśmy jakiś jeep, który jechał w tą stronę i pojechaliśmy nim do D’jomsomu (ok. 20 km) zapłaciliśmy po 1000 rupii (NPR) (10 baksów = US$) od osoby. Tam też zanocowaliśmy.

Dzień 11, 23.III.2017 roku
D’jomsom – Pokhara

A rankiem wynajęliśmy całego jeepa do Pokhary za 120 US$ (po 2400 NPR na twarz). Droga była po prostu okropna, i te 150 km jechaliśmy około 6 godzin. Ale za to już wieczorem byliśmy w Pokharze. A tam – cywilizacja! To drugie co do wielkości miasto w Nepalu. Najbardziej popularnym wśród turystów okazuje się rejon Lakeside, który znajduje się na brzegach jeziora Feva. To tu właśnie zostały skupione wszystkie hotele i hostele na każdy gust i portfel, cukiernie, kawiarnie, restauracje i sklepiki. 

Dzień 12, 24.III.2017 roku
Pokhara-Katmandu

W dniu dzisiejszym – 25 marca – już o godzinie 12:55 mam samolot powrotny z międzynarodowego portu lotniczego w Katmandu. Podróż dobiega końca, ale czeka na mnie jeszcze jedna niewielka przygoda. Chciałem jechać do Katmandu nocnym autobusem, żeby wydać trochę pieniędzy w Pokharze, a wieczorem wyjechać. Ale okazało się, że na turystyczny, wygodniejszy autobus nie ma już biletów i przyjdzie mi jechać w lokalnym autobusie. Chłopaki z Odessy pozostali w Pokharze, a ja z Damianem pojechaliśmy razem. Co za podróż! Miejsca mieliśmy na samym tyle autobusu – trzęsło niemiłosiernie. Pospać w takich warunkach praktycznie się nie dało – a jednak mi się udało. Wyjechaliśmy wieczorem, i przez 8 godzin jechaliśmy do stolicy Nepalu. 200 km w 8 godzin. Przybyliśmy do Katmandu o świcie, o piątej rano. Wyszliśmy nieopodal świątynnego centrum Svayambunath, usiedliśmy na schodkach na skrzydle jeszcze zamkniętego sklepu i czekaliśmy na wschód słońca. A miasto się budziło. Oto ludzie szli ze swoimi sprawami, kręcili modlitewnymi młynkami, wielu biega uprawiając sport. Jeszcze przed wschodem słońca. I naraz obudziły się małpy i wspinają się po ścianie świątynnego kompleksu. Ktoś tam karmi je bananami. Słońce wzeszło, miasto ożywa. Małp jest tak wiele, że właściwie nikt nie zwraca na je uwagi – one wszędzie się przechadzają, siedzą na ogrodzeniach, biegają po drodze. Także psy przechodzą obok nas. Małpami tutaj nie zdziwisz nikogo. Oczywiście poza nami. Fotografujemy je i filmujemy na video. 

Dzień 13, 25.III.2017 roku
Katmandu, lot do domu.

Tak się zaczął mój 13 dzień w Nepalu. Zjadłszy śniadanie w pierwszej otwartej kawiarni, wraz z Damianem pożegnaliśmy się i rozeszliśmy w różne strony. Ja skierowałem się w stronę stupy, pospacerowałem po Katmandu i wreszcie kupiłem parę nepalskich czapek jako prezent dla przyjaciół (targujcie się przyjaciele), wziąłem taryfę do portu lotniczego (targujcie się, targujcie się i jeszcze raz targujcie się, tylko róbcie to z finezją i uśmiechem na ustach – Nepalczycy chcą zarobić na cudzoziemcach, to oczywiste, ale cenę w trakcie negocjacji można zbić o jakieś 1,5 – 2 razy). I wreszcie jestem w samolocie. Do widzenia Nepalu! Myślę, że się jeszcze zobaczymy.
Takim sposobem, nie licząc dnia przylotu i odlotu, byłem przez 11 pełnych dni urlopowych w Nepalu – w tym czasie udało mi się przejść szlak do bazowego obozu Annapurna - Annapurna Base Camp albo (gdybym się postarał) nawet zrobić kółko koło Annapurny – Annapurna Circuit. Warto!
Czy jest to możliwe, by bez wykupywania zezwoleń zaoszczędzić 4000 NPR (40 US$) – 2000 za TIMS i 2000 za samo zezwolenie? Zapewne można, ale wolałbym nie eksperymentować. Na trasie znajdują się punkty kontrolne, gdzie należy pokazać swoje zezwolenie. Zapewne nie będzie przyjemnie, jak was zawrócą na którymś, albo nawet zatrzymają.
Czy potrzebne jest ubezpieczenie? Ja szedłem bez niego, ale następnym razem będę je miał. Kosztuje ono 30-35 US$, wykupić je można w Rosji, można w Nepalu (dokładniej w Nepal Tourism Board powiedzą wam, gdzie się skierować) i pokrywa ono wiele ryzykownych sytuacji i rozchodów – w tym usługi helikopterowe gdyby wam zrobiło się niedobrze na trasie, a bez ubezpieczenia taka przyjemność kosztuje 2500 US$.
Jak trudnym jest taki szlak? Może nim w zasadzie przejść każdy. Jeżeli macie dostatecznie dużo czasu na aklimatyzację, to nie zachorujecie na chorobę wysokościową, to poza nią nie ma żadnych problemów. A na tych wysokościach organizm jeszcze nie odczuwa poważnego oddziaływania wysokości. Tak więc każdemu powinno się udać.
Główna rada: jeżeli lecicie tam wiosną, to na pewno najlepiej w kwietniu. Będzie tam cieplej i mniej śniegu, a to oznacza, że będzie lżej iść nie taszcząc ze sobą zbyt wielu rzeczy. Z drugiej strony na trasie będzie więcej ludzi – zacznie się sezon. Zaś najbardziej optymalnym miesiącem jest – jak mówią – październik. Jest jeszcze ciepło, wszędzie dojrzałe jabłka, a powietrze jest czyste i przejrzyste.
Czy można obejść się bez przewodników? Można. I to całkiem prosto. Wielu ludzi bardzo się dziwiło, kiedy dowiadywali się, że szedłem tam sam jeden. A ja tak lubię czasem. Kiedy idziesz sam jeden, więcej zobaczysz, głębiej zanurzasz się w otaczający cię świat, masz głębszą myśl i staje ci się czyściej w mózgownicy. Ale jeżeli się boicie i jeśli nigdy nie byliście w górach i na dłuższych rajdach turystycznych, to obowiązkowo znajdźcie sobie towarzystwo, albo dołaczcie do zorganizowanych grup. Nie ma sensu ryzykować.

P.S. Dziękuję moim nowym przyjaciołom: Żeni, Dimie, Nastii i Damianowi (Diomie jak go później nazwaliśmy) za towarzystwo i wsparcie! Bez was byłoby mi o wiele trudniej! A być może bym w ogóle nie doszedł. 😀       



[1] Poputczyk z j. ros.: towarzysz podróży.