poniedziałek, 31 października 2011

Jeszcze są grzybasy!

Jak donoszą nasi przyjaciele - w lasach Małopolski jeszcze są grzyby. Pani Agnieszka z Krakowa w podkrakowskich lasach znalazła wspaniałe opieńki, których fotkę prezentuję poniżej.

Tymczasem Pan Kazio z Gryfina nadesłał piękne zdjęcia jesieni na Pomorzu Zachodnim.





A u nas? U nas mglisto i niezbyt ciepło, ale również kolorowo. I rzecz ciekawa - zazwyczaj koło 1 listopada mieliśmy w Beskidach opady śniegu. Ten rok - podobnie jak rok 1992 i 2003 jest - jak na razie - bardzo łagodny jesienią. Zobaczymy, jaka będzie zima - wprawdzie górale twierdzą, że będzie ostra i śnieżna, ale może będzie taką tylko w górach. Jeżeli idzie o nas, to nie tęsknimy... 


Foto - A.Smaczyło, K.Wakuluk 

niedziela, 16 października 2011

W Alei Koźlarzy

video


No i się stało. W nocy z wczoraj na dzisiaj temperatura definitywnie spadła poniżej zera, i w mieście było -3ºC (przy gruncie do -5ºC), a poza miastem nawet doszło do -8ºC, przy stałym, bardzo wysokim ciśnieniu wynoszącym 1028 hPa. Na trawie pojawił się gruby szron, ale bezchmurne niebo ze złocistym węzłem słońca wynagradzało chłody przejrzystej aerii.

Nie spodziewałem się jakichkolwiek grzybów, bowiem ostatnie chłody i brak opadów nie nastrajały optymistycznie, więc postanowiłem wybrać się tylko na spacer na Cioska i Grań. Wziąłem aparat fotograficzny i by dać dowód mego optymizmu, także „anużkę” – no bo a nuż, a widelec coś się trafi…

Idę więc na swe stałe tereny łowieckie. Ostre powietrze tnie w nos. Mimo południa, w cieniu drzew widać jeszcze szron. Powietrze pachnie lasem i zimą. W słońcu jest bardzo przyjemnie, ale w cieniu jest wciąż chłodno, temperatura utrzymuje się poniżej zera.

Wszedłem w las i ku swemu zdumieniu na pierwszy sztos ustrzeliłem dublet kozaków babek. Potem napatoczył mi się wielki ceglaczek… rozglądam się i ku mej radości wyciągam tu i ówdzie pociece i podgrzybki.

Ku swej niekłamanej radości widzę tu i tam rosnące wiązki bedłek i kolonie opieniasów! Na razie są małe, ale z czasem podrosną, o ile nie skoszą je mrozy – bowiem na dzisiejszą noc zapowiadana jest temperatura -9ºC! Szybko zabieram je do „anużki” i udaję się w wyższe rejony góry. Jest tam taki dukt, który nazywam Aleją Koźlaków, a to dlatego, że zawsze da się tam złapać jakiegoś czerwoniaka czy brzeziaka. Najpierw łapię dwie ładnie wyrośnięte babki, po jednej stronie duktu. Rozglądam się, i ku mej radości widzę po drugiej stronie sześć następnych. Grzyby, a raczej grzybiska jak smoczyska! „Anużka” przybiera od razu na wadze o jakieś dwa kilo.

Tak już zupełnie by the way focę dwa ciekawe „wynalazki”: jeden znany już galaretowaty grzybek z rodziny trzęsakowatych, który kiedyś jakiś mędrek nazwał spermą jelenia, i coś dziwnego, co kojarzy mi się tylko z kolonią białych śluzowców na odziomku pnia, ale co to było, nie mam pojęcia…

Rezygnuję z dalszego spaceru i wracam do domu. Moje – chyba już przedostatnie grzybobranie w tym sezonie zaliczam do raczej udanych, mimo tego, że nastawiałem się na opieńki, których było niewiele. Może to i lepiej – bo to oznacza, że lasy są zdrowsze i pasożytnicze grzyby nie atakują już drzew w takim stopniu, jak kilka lat temu, kiedy opieńki wynosiło się z lasów wielkimi koszami do siana…

Zobaczymy, co przyniesie nam na ten tydzień Pani Aura? 

środa, 12 października 2011

Czy powtórzy się dominacja grzybów na Ziemi?



"Zamach stanu" grzybów wywołał zmiany klimatu. 250 MA (milionów lat) temu żyjące w glebie grzyby spowodowały zagładę większości drzew na całym świecie. To się może powtórzyć - informuje "New Scientist"

W okresie permskim wyginęło aż 95% żyjących wówczas gatunków roślin i zwierząt. Według Marka Sephtona z Imperial College w Londynie był to skutek gigantycznych erupcji wulkanów, ale i inwazji grzybów, którym sprzyjały istniejące wówczas warunki.

Sephtona zaintrygowała występująca na całym świecie warstwa skamieniałych włókien z okresu permskiego, która nie przypominała niczego występującego w innych epokach geologicznych. Początkowo uważano, że to skamieniałe grzyby, które rozrosły się na martwych szczątkach roślin - choć niektórzy naukowcy uważali, że chodzi raczej o glony, które nie byłyby zdolne do żywienia się drzewami.

Sephton we współpracy z Henkiem Visscherem z uniwersytetu w Utrechcie oraz Cindy Looy z University of California w Berkeley ustalili, że włókna przypominają żyjącą współcześnie grupę grzybów Rhizoctonia. Mogłoby to świadczyć, że grzyby dokonały czegoś w rodzaju zamachu stanu.

Grzyby Rhizoctonia czają się w glebie czyhając na swoją szansę. Atakują rośliny, których układ odpornościowy jest osłabiony - na przykład pszenicę, buraka czy ziemniaka. Zdaniem Sephtona panujące w okresie permskim gorąco, susza i kwaśne deszcze związane z działaniem wulkanów tak bardzo osłabiły drzewa, że możliwa stała się inwazja grzybów na skalę globalną.

Według Sephtona podobny efekt mogą wywołać związane z działalnością człowieka zmiany klimatyczne. Inni specjaliści w to wątpią - na przykład Stephen Running z University of Montana w Missoula zauważa, że obecnie większość grzybów Rhizoctonia atakuje rośliny tylko jednego rodzaju, a nawet gatunku, przez co nie są tak groźne jak ich przodkowie. Jednak na przykład na obszarze byłego Związku Radzieckiego dochodziło już do zagłady lasów - z powodu kwaśnych deszczów związanych z zanieczyszczeniem środowiska przez przemysł oraz ataku grzybów. (Onet.pl)

Od siebie tylko dodam, że podobna sytuacja miała miejsce na przełomie Kredy i Paleogenu (tzw. granica K/Pg dawniej K/T lub K/Tr), kiedy to doszło do katastrofy ekologicznej związanej z impaktem asteroidu Chicxulub, która miała miejsce 64.800.031 lat temu. Ilość materii organicznej, która pozostała po towarzyszących temu wydarzeniu kataklizmach spowodowała to, że grzyby przeżywały wtedy swój renesans. Ale to jeszcze nie koniec sensacji związanych z grzybami, bowiem godzi się tu wspomnieć o jeszcze wcześniejszych grzybach-Godzillach:

Od czasu do czasu na forach grzybowych wraca temat największych grzybów wszech czasów, zwanych także grzybami-Godzillami właśnie ze względu na ich gigantyczne rozmiary. Sprawa zaczęła się od czasów ujawnienia przez paleontologów a szczególnie przez paleobotaników skamielin ogromnych „pni drzewnych” pochodzących z czasów przełomu Syluru i Dewonu – granicy S/D – 417 MA temu. Ujawnienie istnienia tych skamieniałości miało miejsce już w roku 1859, kiedy to kanadyjski uczony John W. Dawson opisał je, nadając im przy okazji nazwę Protaxites – praiglaki.

Badania szczątków Protaksytów na obecność i stosunku do swej ilości radionuklidów węgla 12C i 13C dokonane w 2007 roku wykazały, że węgiel ten został przez nie przyswojony w innym procesie, niż fotosynteza. Oznacza to, że nie były to rośliny zielone. Węgiel ten był zawsze pobierany z otoczenia, z rozkładającej się materii organicznej. A zatem Protaksyty musiały być organizmami saprofitycznymi – czyli cudzożywnymi.

Wykopaliska wskazują na to, że Protaksyty były ogromnymi grzybami o wielkości sięgającej do 8 metrów! Ale ich kształt różnił się zasadniczo od tych, które znamy dzisiaj. Były to kolumny przypominające nieco pnie drzew bez gałęzi i liści. Protaksyty wygasły pod koniec Dewonu (420 – 370 MA) w czasie jednego z Wielkich Wymierań na granicy Dewonu z Karbonem – granicy D/C.

Poza grzybem-Godzillą, mamy jeszcze inne skamieliny z tego okresu, kiedy rośliny opuszczały morza i opanowywały ląd. Są to m.in.:

1.     Protoslavia – zadziwiający twór przypominający hybrydę kropidlaka (grzyba) i wątrobowca. Być może była to nieudana próba podbicia lądów przez rośliny…
2.    Parka decipiens – organizm przypominający wątrobowce albo rozwinięte glony zielone. Uczeni przypuszczają, że był to organizm roślinny przystosowujący się do wyjścia na ląd.
3.    Pachytheca – to małe kulki o średnicy 1 – 7 mm ze złożoną strukturą. Z niczym takim dzisiaj się już nie spotykamy.

W Karbonie nastąpił dalszy rozwój grzybów i pojawiły się pierwsze grzyby kapeluszowe, których rozmiary były równie imponujące. Ciepły klimat, ze średnią temperaturą +25ºC, dużą wilgotnością oraz obfitością materii organicznej wpływał na rozwój i radiację licznych gatunków grzybów.

Wracając do Protaksytów należy powiedzieć, że istnieje kilka teorii tłumaczących ich niezwykle wielkie rozmiary. Przede wszystkim razi dysproporcja pomiedzy ówczesnymi roślinami zielonymi – których wysokość nie przekraczała 1 maksymalnie 2 m, a grzybami, które bujały na wysokość 6 – 8 m! Dewon jest jednym z najciekawszych okresów geologicznych dziejów Ziemi, bowiem – jak widać na mapce – krążkiem oznaczono miejsce, w którym znajdują się dzisiejsze Wyspy Brytyjskie. Avalonia, Laurentia i Baltica utworzyły jeden wyspowy kontynent Eurameryki. W roku 2009, w jednym z polskich opuszczonych kamieniołomów znaleziono odbite w skamieniałym piasku ślady łap, które zostały pozostawione w nim 397 MA, i co nie było owadem. Są to najstarsze ślady istoty lądowej znalezione na Ziemi.

Wracając do Protaksytów, to o ich rekonstrukcję jako kolumnowych grzybów pokusił się Hueber i Mary Parrish w 2001 roku. Zapis kopalny wskazuje na to, że Protaksyty istniały jeszcze wcześniej, i ich kopalne szczątki odkryto już w skałach, które powstały już w Sylurze – 443 – 416 MA. Pod koniec tego okresu zaczyna się ekspansja roślin na ląd, a c o za tym idzie – wykształcenie się pierwszych organizmów saprofitycznych zdolnych do rozkładu martwej materii organicznej.

Istnieje hipoteza twierdząca, że sylurskie i dewońskie Protaksyty wcale nie były grzybami, ale wątrobowcami, które porastały całe połacie gruntu, przede wszystkim podmokłych starorzeczy, bagien, itd. Część z nich porastała także pochyłe brzegi rzek i innych zbiorników wodnych. Wskutek różnych czynników, dochodziło do tego, że trzymające się gruntu ryzomorfy puszczały i całe płaty wątrobowców rolowały się i sklejały jak rolki papy. W rezultacie w zapisie kopalnym pozostawały ogromne „pnie” wątrobowców pomieszanych z krzemionką, co upodobniało je do słojów drzewnych czy słojów przyrostów grzyba… Czyżby było to rozwiązanie zagadki syluryjskich i dewońskich Protaksytów? Brzmi to dość prawdopodobnie, ale…

Ale te quasi-pnie musiałyby wpadać od razu do wody czy bagna, albo zostać przysypane piaskiem, bowiem tylko w takim przypadku mogłoby dojść do ich fosylizacji. W innym przypadku zostałyby one po prostu zniszczone i nie dotrwały by do naszych czasów. Podobnie twierdzą uczeni z University of Chicago, którzy badali skamieniałe „pnie” Protaksytów, którzy dodają jeszcze, że rzeczą niemożliwą jest dotarcie do naszych czasów tego rodzaju gigantycznych grzybów…

Trochę szkoda – ciekaw jestem, jak smakowałaby zupa z takiego 8-metrowego grzyba???

Tymczasem uczeni rosyjscy twierdzą, że Prototaksyty - 6-9-metrowe stożkowate konstrukcje biologiczne z okresu Dewonu, przypominające skamieniałe drzewa szpilkowe, które w rzeczy samej okazują się być gigantycznymi grzybami. Ale bogata flora grzybowa istniała jeszcze wcześniej - ponad 1 mld lat temu! (Rycina ze strony - www.elcorreogallego.es, na stronie - http://elementy.ru/news/430948) A zatem już w głębokim Prekambrze (4,6 GA – 542 MA), a dokładniej w Neoproterozoiku, epoce Tonu. Jest to niezwykle ciekawe spostrzeżenie sugerujące, że albo grzyby są najstarszymi organizmami na tej planecie, albo – co jest o wiele bardziej prawdopodobne – są one pozostałością po tzw. życiu I generacji (my jesteśmy przedstawicielami życia II generacji), które zostało zmiecione z powierzchni naszej planety w czasie jakiegoś wszechświatowego kataklizmu – np. gigantycznego zlodowacenia w Kriogenie (850 MA), kiedy to cała kula ziemska była pokryta lodem (Ziemia-śnieżka), a życie mogło przetrwać tylko i wyłącznie w największych głębiach oceanicznych ogrzewanych ciepłem z wnętrza Ziemi.

Ale to już jest zupełnie inna historia.

wtorek, 11 października 2011

A opieniasów brak…

video


Po ataku chłodu nastąpiła zmiana pogody – zrobiło się pochmurno, ale ciepło. Temperatura podskoczyła do +13ºC, ciśnienie spadło o 20 hPa, a duża wilgotność – rzędu 60% powoduje to, że ścioła jest wilgotna i… - nie uprzedzam faktów.

Oczywiście poszedłem znowu na tereny, gdzie zazwyczaj chodziliśmy na opieniasy – Majerzowy Las i Końskie Ugory. Wchodzę w las i…

… i nic. Grzybasów nie ma, ale nie jest tak źle, jak się mi zrazu wydawało. Na początku łapię kilka podgrzybków i kurek – całkiem nieźle wyrośniętych i „nie-chrobacznych”. Poza tym jak zwykle gołąbki, mleczaje biele, muchomory panterowate i zielone oraz strzępiaki i jakieś inne niejadalne „badziewiaki”. To, co złapałem wystarczy na „grzybówę” a la Benedykt XVI.

Pogoda w dalszym ciągu jest sprzyjająca, tylko mało pada – ostatniej nocy spadło jedynie 4,36 mm wody. EKO Radio i TV zapowiadają jeszcze opady, więc może jeszcze nie będzie końca tego pojawu? Jutro pełnia…    

sobota, 8 października 2011

No i się sprawdziło…!

 Widok na Pasmo Babiogórskie z Jordanowa
 Chmury kłębiące się nad Babią Górą
 Widok na Okrąglicę i Halę Krupową
 Hyćkowa Góra - w głębi chmury nad Babią Górą
 Okrąglica, Urwanica i Naroże w pierwszym śniegu
Naroże

No i się sprawdziły góralskie przepowiednie, i to jeszcze szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Ogromny, grzejący nas od ponad pół miesiąca wyż wreszcie uległ głębokiemu niżowi znad Wysp Brytyjskich i Skandynawii. Pogoda dotychczas słoneczna i ciepła zmieniła się w ciągu kilku godzin. Najpierw pojawiło się zachmurzenie, pod którym do dnia wczorajszego, do godziny 06:00 było stosunkowo ciepło – do +14,5ºC. Potem pogoda się popśniła całkowicie i od wielu tygodni spadł upragniony deszcz.

Rzecz jest o tyle sprzyjająca, że we wrześniu i do 6.X opady wyniosły jedynie 16,88 l/m² deszczu, co spowodowało ogromną suchość gleby i ścioły, która nie była w stanie zapewnić wilgotność dla grzybni. W dniu wczorajszym około godziny 08:30 lunął deszcz i padał aż do dziś. Ogółem napadało 21,84 mm – czyli więcej niż w poprzednim miesiącu!

Niestety, wraz z deszczem nastąpił skok temperatury w dół, i w nocy mieliśmy tylko +4,5ºC, a to oznaczało, że na pewno w górach spadł pierwszy śnieg – uwzględniając obowiązujący gradient wynoszący 0,6ºC/100 m. I zgadza się – o godzinie ósmej rano spojrzeliśmy na Pasmo Babiogórskie i ujrzeliśmy szczyty Okrąglicy (1247 m n.p.m.), Urwanicy (1106) i Soski (1062) są pokryte śniegiem, którego linia utrzymywała się na warstwicy ok. 1000 m n.p.m.

Oczywiście śnieg ten szybko zniknie, bowiem temperatura pójdzie do góry wraz ze zmianą kierunku wiatru, ale po pięknym poranku, nad Beskidy napływają znowy ciemne chmury i może – co daj Boże! – jeszcze nam popada.

Na bazarze pojawiły się kobiety z rydzami i koźlarzami, znakiem tego – grzyby ruszyły. Ale my wraz z Panem Bednarzem czekamy na opieniasy. Za jakieś dwa dni powinny się pojawić! Pełnia Księżyca wypada w dniach 12-13.X., a zatem jest szansa, że się pokażą w naszych lasach!    

czwartek, 6 października 2011

W pogoni za opieniasami

video


Kolejny dzień dziwnego lata w październiku. Wieje wiatr halny, ciśnienie spada 1 hPa/h, ale temperatura utrzymuje się w granicach +20ºC. Niesamowicie piękna, letnia pogoda, która trwa nadal. Wiatr quasi-halny z SW wysusza dokładnie ściołę leśną i trawę na polach, a słońce ją wypala. Jak długo to jeszcze potrwa?...

Idziemy w las – robimy sobie takie rozpoznanie, bo a nuż trafia się nam jakieś opieniasy, które powinny się wreszcie pojawić. Dodam w normalnych warunkach, ale jak na razie, to nic tutaj nie ma normalnego.

Idziemy na Majerzówkę i na Końskie Ugory. Potok Strącze ledwie co ciurka. Stan właściwie minimalny. Wpadamy do lasu i na pierwszy sztos znajdujemy leśną śmierć – muchomora zielonego. Rozglądamy się pilnie, w przesuszonej ściole widnieją tylko zapieczone gołąbki brudnożółte i winne. Natrafiamy na coś, co przypomina tworzącą się ławicę opieniek, a może żagwicę… Boczniaki może?

Fotografujemy to grzecznie i kontynuujemy woltyżerkę po suchym lesie. Następnym wynalazkiem jest dziwny biały grzybek w kształcie trapezoidalnej kostki, którego nie możemy zidentyfikować. Przeszukałem atlasy i jakoś nie byłem w stanie tego znaleźć.

Idziemy dalej. Wokół nas straszą tylko białe widma mleczajów bieli czy chrząstek. No i oczywiście butelki, puszki i inne ślady ludzkiej bytności. Wychodzimy na klif nad Skawą. Jej poziom jest bardzo niski. Pan Bednarz twierdzi, że w dniu wczorajszym Skawa osiągnęła absolutne minimum-minimorum na jordanowskim wodowskazie – tylko 148 cm! Rekord nie pobity od bardzo dłuuuuuuuugiego czasu!

Udajemy się do Wąwozu Opieniasów, który znajduje się przy drodze na Końskie Ugory. Na jego ścianach rosną opieńki, Szmaciaki gałęziste oraz podgrzybki. Kilka lat temu znalazłem tam także piestrzenice infułowate. Idziemy rozglądając się pilnie i odkrywamy kilka owocników grzybca purpurowozarodnikowego. Na całej trasie opieniasów – zero.

I znów idziemy nad rzekę. Skawa świeci dnem i można ją sforsować w bród. Przechodzimy przez nią suchą nogą i wracamy wzdłuż linii kolejowej do domu, po drodze oglądając feerię barw jesiennych i smutek niemalże zupełnie opuszczonej linii kolejowej…

Czekamy na deszcze.

środa, 5 października 2011

Znowu grzyby na Pomorzu Zachodnim!

video


Pisze do nas nasz kolega Kazio z Gryfina:

W miniony weekend znowu byliśmy na grzybach. Piękna pogoda zrekompensowała nam niewielki zbór. Przez trzy godziny nazbieraliśmy jedynie koszyk.

Patrząc na jego zbiory możemy sobie tylko tęsknie powzdychać do zdjęć! U nas wciąż sucho – ścioła upiornie trzeszczy pod stopami, a jej wilgotność oscyluje koło 30% – to jest mniej więcej tyle, co papier, wystarczy iskra i…!!!

Podsumowujemy wrzesień. Grzybów minimalnie i na lekarstwo, opady 16,88 l/m² wody, dawno nie było czegoś takiego! Poza tym w tym miesiącu mieliśmy 26 dni słonecznych lub z minimalnym zachmurzeniem. No i rozkład pola barycznego taki, jak w miesiącach letnich – lipcu czy sierpniu.

EKO Radio zapowiada, że przed nami jeszcze dwa pogodne dni, a potem załamka, wiatry, deszcze i chłody – pożyjemy, zobaczymy… Byle nie przymrozki – bo czekamy na opieniasy…

poniedziałek, 3 października 2011

Czy grozi nam wczesna zima?






Od pewnego czasu ostrzegam o możliwości ostrej i wczesnej zimy, która może pojawić się już w październiku. Mam po temu kilka przesłanek, a mianowicie:
- jarzębina zrobiła się już czerwona w I dekadzie sierpnia;
- w czerwcu pojawiło się wiele robaczków świętojańskich;
- pojawił się duży wysyp borowikowatych na początku sierpnia;
- aktualnie ma miejsce bardzo ładna i sucha pogoda, wywołana przez słoneczne wyże zalegające nad naszą częścią kontynentu;
- liście drzew są zielone przez cały wrzesień.

W ostatnim numerze „Tygodnika Podhalańskiego” z 29.IX. w artykule Beaty Zalot cytuje ona prognozy góralskiego przepowiadacza pogody – Ludwika Młynarczyka z Orawy. Twierdzi on, że:
- pierwsze dwa tygodnie będą jeszcze ciepłe i pogodne;
- pierwszy atak zimy będzie miał miejsce w drugiej dekadzie października;
- na przełomie II i III dekady października możemy spodziewać się pierwszego śniegu, co oznacza, że może się powtórzyć scenariusz z 2009 roku;

Fatalne prognozy wiąże on z dwoma zaćmieniami w listopadzie i w grudniu. O ostrej i długiej zimie mają świadczyć właśnie długo utrzymujące się na drzewach zielone liście i duża liczba dokuczliwych os. Za to pszczoły bardzo dokładnie uszczelniają ule, a to jest kolejna oznaka nadchodzącej srogiej zimy.

Tyle prognoz. W dniu dzisiejszym udało mi się sfotografować efektowny, świecący obłok owadów – chyba pszczół, które wyroiły się z ula i osiadły na naszych jesionach. To też jest oznaka tego, że na razie będzie jeszcze słonecznie i ciepło, a potem zaczną się już chłody. Co może to wywoływać? Oczywiście systematyczne „wypalanie” tlenu z atmosfery i wzbogacanie jej w parę wodną i dwutlenek węgla – dwa gazy cieplarniane, które wytwarzane są przez m.in. silniki samolotów – jak na załączonych obrazkach…












A co jeszcze to oznacza? A to, że następuje marginalizacja  przejściowych pór roku, które są zredukowane czasem do 2 tygodni. To jest właśnie jeden z przejawów globalnego ocieplenia i związanych z tym zmian klimatycznych. Będziemy to obserwować…  

sobota, 1 października 2011

Na jesiennym Śląsku












Wczoraj wraz z siostrą Wisią pojechałem do naszego 90-letniego wujaszka Marka, który zamieszkał w pensjonacie Pogodna Jesień pod Tarnowskimi Górami. Było nam bardzo miło odwiedzić wujaszka, którego dość dawno nie widzieliśmy i miło mi było odwiedzić stare kąty – wszak kiedyś pobierałem nauki w Technikum Leśnym w Brynku – miejscowości o rzut beretem od Tarnowskich Gór. Za moich czasów ta szkoła była przodująca w kraju – dziś, to jest tylko dalekie wspomnienie, cień jej dawnej świetności. Ze znajomych nauczycieli pozostało tylko dwóch czy trzech, pozostali udali się już do Krainy Wiecznych Łowów… To nie jest już to, co kiedyś było. Kiedy parę lat temu ktoś wpadł na pomysł, by sprzedać Brynek jednemu z gwiazdorów popu, to omal nie dostałem zawału…

Ale o tym kiedy indziej. Do Tarnowskich Gór jechaliśmy poprzez Siewierz i Świerklaniec, drogą obsadzoną drzewami z obu stron. Drzewa, już w jesiennej krasie, wyglądały jak kolorowe chmury na tle niebieskiego nieba. Na szczęście żadnemu debilowi nie przyszło do głowy by je wyciąć, jak w Małopolsce. Niestety, co kilkanaście kilometrów wykopki i naprawy dróg korkowały je na amen i trzeba było czekać od kilku minut do pół godziny na przejazd przez newralgiczny odcinek.

Na miejsce dojechaliśmy już po południu. Pogoda – marzenie: słonecznie, na niebie ani chmurki (poza smugami kondensacyjnymi samolotów) i bardzo ciepło – temperatura podskoczyła do +25˚C, a ciśnienie wciąż utrzymywało się granicy 1026 hPa. I znowu chmury liści na tle nieba i w perspektywie przepiękny kościół w stylu nadreńskiego gotyku, jak w Lotaryngii czy Nadrenii... 

Wracamy tą sama trasą – z Tarnowskich Gór do skrzyżowania z drogą S-1, a potem do Mysłowic, gdzie skręcamy na wschód, do A-4. Pogoda sprzyja nam cały czas – zachodzące słońce krasi je i tworzy dzień w kolorze śliwkowym, jak w piosence Długosza...

Za to ruch na drogach – natężony, bo to przed zapiątkiem. Horror, terror i masakra. Na A-4 półgodzinny korek przed bramkami pobierania opłat. Przez CB-radio słuchamy klątw kierowców, którzy przepychają się do bramek. Obrzucają się karczemnymi wyzwiskami i co chwilę słyszymy „serdeczne pozdrowienia” pod adresem właścicieli autostrady i administratorów. Bo i jest za co – przejechanie 78 km A-4 trzeba teraz zapłacić 2 x 8,- PLN – idę o zakład, że pod koniec roku będzie trzeba zapłacić 20,- PLN…

Jedziemy dalej. Na trasie trochę się uspokaja w eterze. No i cóż z tego, że można rozhulać silnik i jechać te 160 km/h, kiedy przed Krakowem trzeba odstać kolejne pół godziny, by uiścić opłatę? Przecież to nie ma sensu! Nie mówiąc już o tym, ze musieliśmy przejechać przez kilka zwężeń drogi, bo prowadzone tam były jakieś prace. W normalnych krajach prace te wykonuje się w nocy. Tylko że Polska normalnym krajem nie jest, co widać, słychać i czuć.

A tak, dosłownie czuć – w okolicach Krakowa – już na „zakopiance” śmierdzi trupim smrodkiem – jakieś śmietnisko czy zakład utylizacji??? Smród okropny, dziwimy się ludziom, którzy tam zamieszkują. Pierwszy korek przy zjeździe z A-4 na 7. Potem jest już tylko gorzej. W okolicach Mogilan tworzy się potężny, wielokilometrowy korek. Jedziemy z prędkością maksymalną 20 km/h: 10 m i stop, 10 m i stop… - i tak w koło Macieju aż do Myślenic. Czas się dłuży, więc znów słuchamy klnących w żywy kamień kierowców przez CB-radio. I im się nie dziwimy. Trasę od długości 163 km pokonujemy w 4 godziny – minus 45 minut na popas. To się nie mieści w głowie, żeby coś takiego miało miejsce w środku Europy, w XXI wieku!

Ludzie!!! – w piątki omijajcie autostrady i drogi szybkiego ruchu! Stracicie czas i pieniądze. Jak tylko możecie, korzystajcie z objazdów. My popełniliśmy ten błąd, że mogliśmy jechać przez Skawinę i Suchą Beskidzką. A jednak warto było wyskoczyć na Śląsk. Powoli, dzięki likwidacji przemysłu chemicznego, znów Śląsk staje się tak zielonym, jak w piosence Toniego Keczera…