sobota, 30 czerwca 2012

WRESZCIE WAKACJE!

video

Skończył się bezwstydnie długi rok szkolny, który przedłużono o tydzień, ponoć ze względu na EURO-2012, a tak naprawdę chyba tylko po to, by dzieci i nauczyciele mieli mniej wolnego. Ale już wreszcie się zaczęły, co widać było szczególnie na drogach i w pociągach…



Wakacje miały wspaniałe wejście – w nocy temperatura osiągnęła – a właściwie spadła – do +18,6°C chyba tylko dlatego, że były chmury i wiało ciepłem od południa, zaś teraz szybko pnie się w górę i ma osiągnąć +34°C. Ciśnienie atmosferyczne wciąż trzyma się 1010 hPa. Wilgotność w granicach 50%, przy czym rzecz ciekawa – rano nie było rosy, co zwiastuje burzę, którą przepowiadają także synoptycy. Ale będzie to burza termiczna, a nie frontowa.



I jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie – dzisiaj rano widziałem tokującego kosa. Nie wiem, czy to normalne, bo ptak zachowywał się jakby to była wiosna, a nie szczyt lata. Upał padł mu na mózg…?



A my cieszmy się słońcem i ciepłem, póki jest!  

środa, 27 czerwca 2012

Kaczki na Skawie!



Mimo bezgrzybia wybrałem się dzisiaj w lasy na Majerzówce i u podnóża Cioska – czyli na Podlaski. Grzybów nie było żadnych – nawet badziewiaków, co było do przewidzenia. Po drodze strzeliłem serię fotek przejeżdżającemu pociągowi, który pięknie się prezentował na tle zieleni…




Przechodząc obok strumienia Strącze i rzeki Skawy zauważyłem na wodzie kaczki krzyżówki – stadko liczące sobie kilkanaście sztuk ładnych ptaków.




Pogoda była piękna, ciśnienie 1015 hPa, ale temperatura z trudem dosięgła +20°C, zaś wilgotność powietrza spadła do 20%! Ponoć dmuchnęło nam suchym, saharyjskim powietrzem znad Północnej Afryki, ale po temperaturze tego nie widać...



Czekam na zmianę fazy Księżyca, który tymczasem zbliża się do kwadry.  

Pasze GMO do 2017 roku!






Szanowni Państwo,



bez konsultacji społecznych i bez wcześniejszych zapowiedzi odbędzie się pierwsze czytanie nowej propozycji zmiany ustawy o paszach, która mówi o przesunięciu aż do roku 2017 (!) terminu wycofania pasz z GMO.



Czytanie odbędzie się podczas obecnego posiedzenia Sejmu (26-28.06.2012). Chodzi o poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o paszach, druk nr 457. INFORMACJA O TYM UKAZAŁA SIĘ DOPIERO WCZORAJ czyli dzień przed rozpoczęciem posiedzenia!



UWAGA!!! Projekty poselskie zwolnione są z obowiązku przeprowadzania procesu konsultacji społecznych. Dlatego nie wprowadzono tego projektu poprzez Rząd a tylko przez posłów PO.



Prosimy o nagłaśnianie tego faktu. Prosimy o dzwonienie do swoich posłów i domaganie się odrzucenia propozycji tej ustawy oraz prawdziwych konsultacji społecznych nt. zagrożeń GMO. Poniżej dodatkowe informacje.



Korzystając z okazji zapraszamy Państwa na kolejne warsztaty. Tym razem będą to warsztaty z eko-budownictwa (już 30 czerwca) oraz  fotowoltaiki i permakultury (7 lipca). Szczegóły tutaj:

http://www.eko-cel.pl/  pod WARSZTATY.



WSPIERAJ DZIAŁANIA NA RZECZ POLSKI WOLNEJ OD GMO




Z poważaniem,

Sir Julian Rose, prezes

Jadwiga Łopata, Laureat Nagrody Goldmana (tzw. Ekologiczny Nobel), wiceprezes 



==========================



INFORMACJE DODATKOWE:



Zdecydowana większość Polaków, podobnie jak i obywateli z innych krajów UE żąda zaprzestania intensywnych metod hodowli zwierząt z jej absolutnym uzależnieniem od ponadnarodowych korporacji, w tym również od pasz opartych na mieszance soi i kukurydzy modyfikowanych genetycznie.



Polscy naukowcy w  W LIŚCIE OTWARTYM apelują o utrzymanie i egzekwowanie ustawowego zakazu stosowania pasz GMO, który wprowadzono w Polsce Ustawą o paszach z dnia 22 lipca 2006 roku.



„[…] badania Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu i Instytutu Zootechniki w Balicach, których celem było zastępowanie w dawkach pokarmowych białka z importowanej soi, białkiem z krajowych roślin strączkowych wykazały, że: w przypadku tuczu trzody chlewnej wyniki były porównywalne, a mięso wytworzone z krajowego białka jakościowo lepsze, w przypadku drobiu, można częściowo zastąpić śrutę sojową. Cena 1 kg białka skalkulowana na podstawie cen rynkowych w dawkach pokarmowych dla trzody i drobiu wykazała, że w różnych odstępach czasu zastępowanie importowanej soi krajowymi surowcami białkowymi było od 3 do 7% bardziej opłacalne. Wspomniany projekt obejmuje również problem

organizacji rynku roślin strączkowych niezbędną koncentrację i rozwiązania logistyczne płynnego zaopatrzenia zakładów paszowych w krajowy surowiec białka roślinnego.”




Na całym świecie pojawiają się przypadki zachorowań, a nawet śmierci zwierząt z powodu zaburzeń metabolicznych wynikających ze spożycia genetycznie modyfikowanej żywności.



Produkty pochodzące ze zwierząt karmionych genetycznie modyfikowaną paszą zawierają pozostałości GMO. Mogą to być małe ilości, ale regularne spożywanie takiej żywności może doprowadzić do poważnych problemów zdrowotnych u ludzi.



Dopóki nie zostanie udowodnione, że pasze te są całkowicie bezpieczne, powinno zostać zakazane ich używanie w interesie społeczeństwa i zdrowia zwierząt. Jest to klasyczny przypadek wprowadzenia w życie "zasady ostrożności" gwarantowanej w europejskim prawie.



W ZWIĄZKU Z POWYŻSZYM DOMAGAMY SIĘ:



1.    Odrzucenia wyżej wspomnianego projektu ustawy o zmianie ustawy o paszach.

2.    Natychmiastowego powołania zespołu niezależnych specjalistów, w tym przedstawicieli KOALICJI POLSKA WOLNA OD GMO (www.polska-wolna-od-gmo.org), do opracowania programu wycofywania pasz z GMO i zastępowania ich paszami bez GMO.

3.    Wprowadzenia zakazu stosowania pasz GMO w tym roku.

4.    Pilnego wydania przepisów wykonawczych dla służb państwowych gwarantujących egzekwowanie wyżej wspomnianego zakazu.

5.    Zabezpieczenia środków finansowych dla wspierania przyjaznego zwierzętom, wolnego od GMO systemu hodowli, którego efektem są dobrej jakości, smaczne i bezpieczne produkty.

6.    Prowadzenia konsekwentnej polityki w zakresie promowania produkcji tradycyjnych roślin paszowych w zrównoważonych gospodarstwach rodzinnych oraz wspierania finansowego producentów pasz bez GMO.

7.    Szerokiej promocji w Polsce i za granicą wysokiej jakości żywności opartej na paszach bez GMO. Wykorzystania tego elementu jako podstawowego atutu przy tworzeniu PR dla eksportu polskiej żywności.



Tradycyjni i ekologiczni hodowcy świń i drobiu, którzy odrzucają genetycznie modyfikowaną paszę dla zwierząt lub Ci, którzy czują się zmuszeni do stosowania takiej paszy ze względu na brak innej możliwej alternatywy, potrzebują wsparcia. Na ich barkach spoczywa reputacja Polski jako producenta wysokiej jakości żywności!



W systemie przemysłowego chowu świń i drobiu tysiące zwierząt upchniętych jest pod jednym dachem na betonowej podłodze. W budynkach takich stosuje się sztuczne oświetlenie, a na taśmie dostarcza się zwierzętom paszę zrobioną z genetycznie modyfikowanej soi pochodzącej z rozległych monokultur, w których jałowe gleby całkowicie uzależnione są od środków chemicznych. Dieta ta uzupełniana jest profilaktycznie antybiotykami oraz preparatami hormonalnymi przyspieszającymi wzrost. Jest to nieludzki sposób produkowania żywności, sprowadzający się do czegoś w rodzaju licencjonowanych obozów koncentracyjnych dla zwierząt, którego nie możemy akceptować.



Nie wolno doprowadzić do uzależnienia tradycyjnych polskich rolników od olbrzymich zagranicznych korporacji, które ryzykują zdrowie ludzi i zwierząt wyłącznie po to, aby zwiększyć swoje i tak już duże zyski.

Chodzi o kluczowe dla nas wszystkich sprawy: niezależność żywieniową, nasze zdrowie, stan środowiska naturalnego.



ICPPC - International Coalition to Protect the Polish Countryside,

Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi

34-146 Stryszów 156, Poland tel./fax +48 33 8797114  biuro@icppc.pl






* * *



Od siebie mogę dodać tylko tyle, że cała ta akcja jest z góry skazana na niepowodzenie, bowiem ten rząd PO-PSL jest na usługach amerykańskiego biznesu i nie zrobi niczego, co mogłoby mu zaszkodzić. Nie będzie żadnej dyskusji czy konsultacji społecznej – jak było to w przypadku tzw. „reformy” emerytur – i sprawa GMO będzie szybko i skutecznie wyciszona, jak wszystko to, co godziłoby w interesy USA w Polsce. I możemy sobie protestować i pisać na Berdyczów – rząd zrobi swoje, a parlament to tylko „klepnie”. W grę wchodzą ogromne pieniądze, zbyt wielkie, by ich naciskowi oparł się jakikolwiek polityk. Więc nie ma co liczyć na ten rząd i ten parlament, bowiem politycy z rządzącej koalicji przestali się liczyć z kimkolwiek i swe „reformy” wprowadzają cichcem korzystając z wrzawy wokół EURO 2012 czy innych wydarzeń. Żeby coś w tym kraju się zmieniło, musi zmienić się przede wszystkim na Wiejskiej – bez tego w tym kraju nie zmieni się nic. Nic na lepsze…     

niedziela, 24 czerwca 2012

Po wysypie…


Wygląda na to, że czerwcowy wysyp grzybów już dobiega końca. Moi sąsiedzi z jednej strony wybrali się wczoraj, rezultat – kilka kozaczków i poćców. Mój sąsiad z drugiej strony wybrał się dzisiaj rano – kilka poćców, jakieś nędzne koźlaki i kilka kurek. Pan Bednarz również wybrał się dziś rano i złapał kilka borowików czerwonych i świerkowych.





Wybrałem się i ja. Pogoda wspaniała – temperatura +11°C, ciśnienie wysokie – 1016 hPa, błękitne ranne niebo i jaskrawe słońce. Koncert ptasi towarzyszy mi przez cały czas. Gdzieś na Ciosku rozlega się głos zapóźnionej kukułki…





Wchodzę do lasy – mimo porannego chłodu jest parno i w try miga pokrywam się potem. Jest mokro – przedwczorajsze deszcze wypłukały gliniastą glebę i niektóre dukty zamieniły się w wąwozy głębokie nawet na metr z okładem! Niewiarygodne, ale jak wytnie się wszystkie drzewa, to gleba ruszy zmiatając wszystko, co stanie jej na drodze…





W lesie puchy. Od czasu do czasu pojawiają się jakieś badziewiaki, które raczej nie nadają się do niczego. Znajduję jednego prawdziwka, który jest doszczętnie przeżarty przez owady i ślimaki. Potem trafia mi się pociec i koźlarz babka – jak wyżej. I to już koniec. Nie ma nawet badziewiaków.





W domu rzucam okiem w kalendarz – mamy 5. dzień po nowiu, a zatem to by się zgadzało – największy wysyp jest na nowiu Księżyca… Teraz trzeba czekać do kolejnej fazy Srebrnego Globu – powinno sypnąć znowu poćcami i kurkami, a zatem do 3.VII – kiedy to będzie kolejna pełnia!    

piątek, 22 czerwca 2012

Oberwanie chmury i prawusy!


Dzisiaj mieliśmy oberwanie chmury. Po kilku upalnych dniach, w czasie których temperatura w nocy sięgała +20°C, a w dzień do +35°C. Ciśnienie utrzymywało się w granicach 1013 hPa. Wysoka wilgotność powietrza plus wysoka temperatura spowodowała, że z lasu dobiegły sygnały o pojawieniu się borowików usiatkowanych – jeden z moich znajomych przyniósł ponoć 60 sztuk na jeden sztos!
video
Ranek 22 czerwca był ponury i pochmurny. O godzinie 06:00 temperatura wynosiła +18°C, ciśnienie 1009 hPa, wilgotność powietrza 86%. Pierwsze krople deszczu spadają o godzinie 07:45. W kilka minut później na Jordanów spada nawalny deszcz, ściana deszczu. Afrykański deszcz jaki pada w Kongo czy Zairze… W ciągu 45 minut na nasze miasto spada 40,56 l/m2 wody.

video
Opad kończy się około godziny 10:00 i do wieczora od czasu do czasu padają słabe deszczyki. Temperatura nie przekroczyła +23°C, ale ciśnienie poszło w górę o 6 hPa, co pozwala domniemywać, że pogoda się poprawi na tyle, by można było pójść w las po resztę prawusków…     

Pielgrzymka Jordanowiaków, czyli... (dokończenie)

Mapa trasy peregrynacji Jordanowiaków (rys. R.K.Leśniakiewicz)

Dzień 10. – 7 maja

Po wczesnym śniadaniu ruszyliśmy w kierunku Saragossy. Na obwodnicy Madrytu z daleka ujrzałem centrum z wielkimi  wielopiętrowymi wieżowcami. Obszar między Madrytem a Saragossą stał się łagodniejszy i cieplejszy. Pojawiły się drzewa, gaje oliwne, kwiaty, było weselej i cieplej.  I znów za chwilę pojawiły się surowe krajobrazy ze zwaliskami wielkich głazów. 80 km przed Saragossą znów dojrzałem ośnieżone wzgórza. Jednym słowem tereny rolnicze i ciepłe przeplatały się z tzw. złymi ziemiami zwanymi z angielska „bad lands”. W Saragossie w straszliwym tempie zwiedziliśmy sanktuarium madonny Del Pilar gdzie przy przepięknym bocznym alabastrowym ołtarzu mieliśmy msze świętą. Terenia żona zdążyła jeszcze zwiedzić katedrę Zbawiciela, gdzie również był alabastrowy ołtarz jeszcze piękniejszy. Ksiądz popędzał więc nie było czasu na dalsza zwiedzanie Saragossy. Zaczęliśmy jechać w kierunku Katalonii, której stolicą jest Barcelona. Katalończycy lubią mówić o sobie że nie są Hiszpanami. Zaraz po minięciu granic Katalonii zaczęły się ukazywać zalesione wzgórza i cudowna soczysta zieleń. Na północy ukazał się postrzępiony masyw Monserrat niechybny znak że zbliżamy się do wybrzeża. Na wieczór dojechaliśmy do cudownego małego miasteczka Callella położonego 50 km na południe od Barcelony tuż przy Morzu Śródziemnym.

Dzień 11. - 8 maja

Śniadanie złożone ze wspaniałego szwedzkiego stołu. Nie obyło się bez ekscesów. Ktoś tak silnie naciskał na rączkę uruchamiająca wlew kawy z termosu że przewrócił termos wylała się podpałka, która podpaliła się. Zaczęły palić się obrusy. Ktoś z naszych krzyknął  „ feler”. Zlecieli się kelnerzy i wodą mineralną gasili pożar. Ksiądz zarządził wycieczkę w masyw Moserrat gdzie znajduje się otoczona kultem figura „Czarnej Madonny” w sanktuarium oraz do Barcelony do katedry Gaudiego. Ponieważ Barcelonę znałem czułem się trochę zmęczony nie pojechałem tam tylko postanowiłem spacerować nad brzegiem morza i medytować. Podczas tych medytacji zauważyłem 5 takich wagarowiczów jak ja. Był to dla mnie  dzień wielkiego odpoczynku i wielkich kontemplacji. Stwierdziłem, że w przeciwieństwie do Atlantyku tu prawie w ogóle nie ma muszli. Nasi wrócili późnym wieczorem delektowali nas opowieściami o Montserrat, z cudownymi widokami stamtąd gdzie nawet Pireneje było widać, krzywą katedrą Gaudiego, która mnie osobiście się nie podoba, pod tym względem jestem konserwatystą. Na wzgórzach Monserrat hodują szczep winorośli przywieziony z Jerozolimy, który tam się przyjął. Zakonnicy robią z nich wino pod nazwa „Łzy Chrystusa” (Lacrima Christi). Zapytałem tez żony jak tam na Rambli na targowisku, chodziło mi przede wszystkim o stoisko z grzybami. Żona potwierdziła są smardze, borowiki królewskie, kurki w cenie od 30 do 40 EUR za 1 kg, Zrobiła nawet zdjęcie.

Dzień 12. – 9 maja

Około 10 rano wyruszyliśmy w kierunku Francji. Przemknęliśmy się między wybrzeżem, a Pirenejami i wjechaliśmy do Francji, Wcześniej zapomniałem to teraz dodam, że ze  wszystkich krajów Francja jest najdroższa. Jeśli np. w Portugalii kawa espresso kosztuje 1 euro, to we Francji 2 euro. Kierujemy się na Monteplier, Avinion gdzie kiedyś było konkurencyjne papiestwo i koło Tuluzy skręcamy na północ w kierunku Alp. Zbliżamy się do miejscowości Gap już w Alpach. Ksiądz opowiada o charakterze objawień w La Salette do którego zmierzamy. Po rewolucji francuskiej ludzie tej okolicy przestawali chodzić do kościoła, ogólnie rzecz biorąc wiedli życie gnuśne. Matka Boża ukazała się chłopcu i dziewczynce pasterzom którzy potem nie wybili się na świętych. Matka Boża ostrzegała że jeśli nie będą się modlić, dbać o płody rolne to czeka ich wielki głód, zwracała uwagę na prawidłową agrokulturę ziemniaków. Ksiądz komentował że to objawienie nie ma tak głębokiego przesłania jak pozostałe bo Matka Boża mówiła o ziemniakach.

W tym miejscu pozwolę sobie zza kotary popolemizować z naszym proboszczem. W pierwszej połowie XIX wieku ziemniaki stały się podstawą wyżywienia prawie całej Europy. Wskutek ubogiego materiału genetycznego , a także bardzo mokrych lat 1844-1847 ziemniaki zaatakował grzyb który wytracił prawie całe zbiory. Głód dotknął prawie całą Europę szczególnie dał się we znaki w Irlandii gdzie blisko 60% populacji emigrowało do Ameryki, Nie oszczędził też Polski i nawet Jordanowa  i Francji gdzie sprowadził głód, a potem tyfus głodowy. Ofiary liczone były w milionach. Matka Boża słusznie ostrzegała przed tą tragedią i jak najbardziej słusznie skoncentrowała się na ziemniakach.

Wjeżdżamy w wysokie Alpy. Wkrótce odgałęzienie na La Salette gdzie bardzo wysoko prawie na 1800 m znajduje się klasztor misjonarzy saletynów opiekujących się tym miejscem. Nasz wielki autobus z trudem pnie się długo wąską drożyną pokonując wąskie serpentyny. Ksiądz by uniknąć atmosfery przestrach, intonuje pieśni i modlitwy. Wreszcie koniec wspinaczki. Roztacza się przepiękny widok na Alpy Francuskie gdzie niektóre szczyty grubo przekraczają 3000 m. Klasztor piękny zbudowany w stylu neoromańskim. Obok wielkie centrum noclegowe. Przed wejście piętrzy się zwał  śniegu. Gości mało, Zaraz udajemy się do kaplicy na msze świętą. Potem kolacja i spacery i procesja światła. Obserwuje zewsząd czarne łupki, które są przyczyna licznych osunięć. W miejscu ukazania się NMP przepiękna figura z klęczącymi u stóp dziećmi a stamtąd malutka droga krzyżowa aż do miejsca gdzie Matka Boża znikła. Po kolacji dwie panie proszą mnie abym wyszedł z nimi wczas rano na pobliskie wzgórze Gargas 2300 m n.m.p. Chętnie przystaję na to.



Dzień 13. i 14. - 10 i 11 maja



Rano w ciemnościach wśród świecących gwiazd wspinamy się na szczyty. Narzucam duże tempo bo bałem się że kobiety mnie wyprzedzą zostają gdzieś z 500 metrów z tyłu. Czekam na nie, Po około 1,5 h jesteśmy na szczycie Gargas. Na szczycie na kamieniu wymalowana panorama w układzie kołowym. Orientuje się w sytuacji. W dolinach tkwią  malutkie wioseczki alpejskie na których to święte miejsce nie czyni nadal wrażenia więcej tu cudzoziemców niż miejscowych pielgrzymów. Na wschód piętrzą się najwyższe szczyty około 3700 m n.p.m. Na zachodzie przepiękny dolomitowy szczyt Olbia jakby obciosany toporem. O szczyt ten rozbił się w 1951 roku kanadyjski samolot pasażerski DC-4. Zaczynamy schodzić na wprost na widoczny w dole klasztor. Schodzi mi się dużo gorzej kolano daje znać, kobiety mnie wyprzedzają.  Schodzimy na śniadanie wzbudzając podziw pozostałych pielgrzymów. Potem jeszcze indywidualne modlitwy, msza św. w południe. Około 13. wyjeżdżamy już bez noclegu prosto do kraju. Zjazd tym wielkim autobusem trudny. Ksiądz Paweł by odciągnąć uwagę od  pobliskich przepaści opowiada o zgromadzeniu księży misjonarzy Saletynów. Zgromadzenie to powstało by opiekować się tym miejscem. Trafili nawet do Polski tak się stało że po wojnie zajęli kościół św. Norberta. Który przed wojną należał do greko-katolików. Po wojnie zajęli go jako obiekt opuszczony i dużo zainwestowali. W dziewięćdziesiątych latach musieli go opuścić ale warunkiem oddania tego kościoła grekokatolikom był warunek, że jedna msza będzie odprawiana w obrządku łacińskim. Przez jakiś czas księża z parafii św. Anny w tym ksiądz Paweł odprawiali tą mszę. Potem obyczaj ten uległ zaniechaniu. I tak gadu-gadu pokonaliśmy bez strachu serpentyny i wjechaliśmy na drogę do Gap. Na Grenoble nie mogliśmy jechać bo po niedawnym wypadku autokaru zamknęli tę drogę dla autokarów. W Gap skierowaliśmy się na wschód na przełęcze alpejskie, to dopiero była wspinaczka, straszliwe serpentyny pokonywanie ogromnych różnic wysokości, z przeciwka jeździły ciężkie TIR-y, było straszno, ale kierowcy którym wielkie dzięki zachowali się nadzwyczaj profesjonalnie. Tył naszego autobusu wręcz zawisał nad przepaściami. Nawet ksiądz zamilkł. Po długiej drodze na przełęczy wreszcie osiągnęliśmy włoską granicę. Potem przejazd do Turynu który minęliśmy obwodnica około 18., a potem nużąca jazda w korku aż do Mediolanu. Jazdę w korku urozmaicaliśmy sobie opowiadaniem kawałów - brylował w tym Krzyś Burmistrz , mniej więcej w połowie drogi między Mediolanem , a Udinese zaczęło się ściemniać. Koło Udinese zapadliśmy w sen bolały wszystkie kości od długiej jazdy. Obudziliśmy się gdzieś na pograniczu austriacko-słowackim. Droga przez Słowację strasznie się dłużyła gdyż coraz bardziej bolały nas stopy, kręgosłupy, wszystkie kości. Koło Żyliny przybył nowy kierowca który zamiast w Kral’ovanach skręcić na Dolny Kubin pojechał dłuższą drogą przez Rużemberok. Wydłużyło to drogę o godzinę chociaż przekonywano mnie że tak będzie lepiej, Wreszcie  około godziny 14. wjechaliśmy hucznie na rynek wpadając w objęcia stęsknionych  rodzin.

W tym miejscu na zakończenie się słowa podziękowania Księdzu Proboszczowi Pawłowi Guni za profesjonalne zorganizowanie pielgrzymki, Panu Organiście za oprawę wokalną, kierowcom którzy nas szczęśliwie obwieźli i wszystkim uczestnikom, którzy w zgodzie jak jedna rodzina tyle dni wytrzymali ze sobą bez sprzeczek i utarczek. Był to piękny wyjazd, który zapadnie w pamięci wszystkich uczestników i zapewni im doznania duchowe na wiele lat.

KONIEC

czwartek, 21 czerwca 2012

Pielgrzymka Jordanowiaków, czyli... (3)


Dzień 7. - 4maja

I tak w tym dniu urwaliśmy się w ilości dwóch małżeństw do Lizbony. Oczywiście zgłosiliśmy wyjazd księdzu, nie był tym zachwycony, ale cóż miał powiedzieć. Rano o 6:30 wygodnym autobusem komunikacji kursowej wyjechaliśmy. Za około 1,5 h byliśmy w Lizbonie. Metrem dojechaliśmy do centrum. Stamtąd długo tramwajem do przepięknego zespołu klasztornego św. Hieronima wpisanego na listę światowego dziedzictwa. Nie bez powodu, przepiękna architektura, krużganki, ornamentyka, wystawy, obrazy. Szczególnie utkwił mi w pamięci obraz św. Hieronima z lwem leżącym u jego stóp podczas gdy on tłumaczy pismo święte na łacinę. Przypomnę w tym miejscu że św. Hieronim doktor Kościoła był autorem przekładu pisma świętego z języka greckiego na łacinę tzw. wulgatę”. Koło południa wyszło słońce co niezmiernie nas ucieszyło bo w Fatimie stale lało. Z klasztoru św. Hieronima udaliśmy się do muzeum malarstwa delektując się po drodze widokiem starych tramwajów pnących się mozolnie po stromych uliczkach. Podczas dojazdu do muzeum w metrze zdarzyła się przygoda: bilet Tereni jakoś rozmagnesował się karta i nie mogła sforsować bramki, próbowała wejść za jakimś gościem ale mądre drwi próbowały ją zatrzasnąć i silnie uderzyły  w rękę. W muzeum malarstwa będącym prywatną fundacją pewnego bogatego  Ormianina oprócz obrazów Rembrandta i Rafaela zachwyciły mnie obrazy marynistyczne przedstawiające z całą  grozą katastrofy żaglowców i wzburzone fale oceanu. Pozwoliłem sobie je sfotografować i dołączyć do zbiorów. Jedna salka poświęcona była miniaturowym obrazom starej Wenecji. Tam zachwycił mnie obraz regaty gondoli w Wenecji. I tak prawie zeszło do późnego popołudnia. Trzeba było z powrotem udać się do Fatimy bo pewnie niepokoili się o nas. Około 17 wyjechaliśmy do Fatimy. Gdy zbliżaliśmy się do celu znów na horyzoncie pojawiły się obrzydliwe czarne chmury. Niż znad Biskajów nie ustępował. Gdy przybyliśmy na miejsce oczywiście lało. W hotelu zastaliśmy nasza grupę podczas montażu figurki, o której była mowa wcześniej. Figura była ładna gustowna i wszyscy to przeżywali. Podczas kolacji próbowałem księdzu opowiedzieć coś o św. Hieronimie ale mnie zgasił „ty nie rób się taki pobożny, Matka Boża pytała o ciebie”. Po kolacji urządziliśmy próbna procesje z figurą i „omodliliśmy” ją obok pomnika bł. Jana Pawła II. Wieczorem jak zwykle nabożeństwo światła. Udajemy się na spoczynek, następnego dnia jedziemy nad Atlantyk.

Dzień 8. - 5 maja

Dziś ksiądz postanowił zabrać nas na wycieczkę nad Atlantyk  i chwała mu za to. Po śniadaniu i zestawie porannych modlitw dotarliśmy do miejscowości Bathahalla znajduje się tam klasztor dominikański o urzekającej architekturze bardzo podobny do świątyni św. Hieronima w Lizbonie. Podobne krużganki, podobne kaplice, podobna ornamentyka. Piękne miejsce. Do tego jeszcze część kościoła nie dokończona robi imponujące wrażenie. Stamtąd jedziemy nad sam Atlantyk zwiedzać sanktuarium maryjne w St. Nazaire, Obraz Matki Bożej w typowo hiszpańsko-portugalskim rycie. Po krótkiej modlitwie udajemy się, wśród tłumu kobiet sprzedających pamiątki i płody rolne, nad Atlantyk. Ocean jest mocno wzburzony fale olbrzymie, niektórzy mimo tych niekorzystnych warunków próbują się kąpać. Ja poprzestaję na zamoczeniu nóg i przy okazji znajduję piękny okaz muszli czerwonego „Pectena”. Jeszcze nigdy nie widziałem tego typu małży w kolorze czerwonej skorupy. Potem udajemy się do nadmorskiej restauracyjki zjeść przysmak portugalski czyli dorsza opiekanego. Smakuje. Jutro odjeżdżamy z Fatimy dlatego wcześniej udajemy się na spoczynek po wieczornych procesjach,

Dzień 9. - 6 maja

Wczas rano wyjeżdżamy z Fatimy  rozmyślając  jeszcze o tajemnicach fatimskich. Wkrótce mijamy granicę hiszpańską, znów zmiana czasu i znów jest drożej. Zdecydowanie Portugalia była najtańszym krajem. Wjeżdżamy w interior hiszpański surowy , chłodny i smutno-skalisty. Wśród pustkowi, głazowisk, smutnego krajobrazu zbliżamy się do Avilli. Przed Avillą znów zbliżamy się do bocianich krain. Dużo tu tego ptactwa. Na wzgórzach koło Avilii świeży śnieg. Nawiedzamy Avillę z racji św. Teresy Doktora Kościoła wielkiej mistyczki i reformatorki  zakonu karmelitanek założycielki zakonu karmelitanek bosych jednego z najbardziej surowych zakonów kontemplacyjnych żeńskich. Wspominając św. Teresę z Avilii nie sposób nie wspomnieć o św. Janie od Krzyża który współpracował ze św. Teresą i reformował męski zakon karmelitów i  tworząc zakon  tzw. Karmelitów bosych. Na obrazkach św. Teresa z Avilla nie wygląda tak surowo ma nawet pewien powab. Ksiądz mówił że na zaczepki mężczyzn potrafiła celnie odpowiedzieć.  Avilla należy do najzimniejszych rejonów Hiszpanii jak już wspominałem na otaczających szczytach było poprószone śniegiem. Na zewnątrz temperatura wynosiła tylko 14 stopni, co jak na Hiszpanię jest szokiem. Zwiedziliśmy klasztor karmelitanek  gdzie jest centrum kultu tej świętej, ja osobiście zwiedziłem też kościół św. Wincentego gdzie znajduje się bardzo urocza rzeźba NMP z Dzieciątkiem,  które ją chwyta za twarz oraz katedrę pod wezwaniem św. Izydora. Ponieważ Avilla słynie z bocianów kupiłem miniaturkę bociana z magnesem jako pamiątkę dla pewnej znajomej pasjonatki bocianów. W sklepikach z pamiątkami sprzedają żółtka w cukrze bardzo smaczne gdyż ponoć owa święta  bardzo je lubiła i sama przygotowywała. Jest to coś podobnego jak placki w Santiago de Compostella. Wyruszyliśmy dalej w kierunku Madrytu wśród posępnych krajobrazów wysoko w przestworzach unosiły się wielkie sępy płowe które w Hiszpanii nie są rzadkością. Ta część Hiszpanii ma bardzo surowy krajobraz. I tak dojechaliśmy na dalekie przedmieścia Madrytu gdzie przy autostradzie w nieciekawym miejscu znajdował się hotel, Wyczailiśmy dziurę w płocie ,która zaprowadziła nas do wielkiego marketu . Tam robiliśmy zakupy.

CDN.

środa, 20 czerwca 2012

Pielgrzymka Jordanowiaków, czyli... (2)

Bociany w Portugalii

Stanisław Bednarz

Dzień czwarty 1 maja

Wstaliśmy o 4:30, było zupełnie ciemno, dzień tu wstaje późno. Zimno było jakby miał być przymrozek. Czułem się jak w Jabłonce, a nie w Lourdes. Poszliśmy pod  grotę cudownego objawienia i przez godzinę w pierwszych ławkach oczekiwaliśmy. Zaczęło dnieć dopiero koło 6., gdy rozpoczęła się  msza święta.  O 6. punktualnie wyszedł nasz ksiądz słusznego wzrostu w otoczeniu pośledniejszych wzrostem księży. Byłem dumny że nasz ksiądz wygląda tak dostojnie w otoczeniu innych kapłanów, Urzekło mnie  to miejsce przecież nie tak skłonnego do symboliki religijnej. Podświetlona grota w górnej pieczarze figurka cudownego objawienia ranne śpiewy i wołania o wstawiennictwo. Po mszy  trzęsący się z zimna wróciliśmy na śniadanie hotelowe. Ja po śniadaniu udałem się na zwiedzanie  okolic Lourdes. W tym celu udałem się kolejką zębatą na wzgórze 1000 m n.p.m. górujące nad miasteczkiem. Tam na górze spoglądając z jednej strony na wysokie zaśnieżone Pireneje , z drugiej strony na położone w dole Lourdes rozmyślałem  nad istotą objawień i nad porywającym urokiem tego miejsca czego nigdy później nie doświadczyłem. Wieczorem uczestniczyłem wraz z innymi uczestnikami naszej pielgrzymki  w wielkiej międzynarodowej procesji światła. Zdałem sobie sprawę że miejsce to ma znaczenie europejskie. W procesji brała udział masa ludzi w tum ogromna ilość niedołężnych na wózkach, śpiewy i modlitwy odbywały się w wielu językach. Procesja trwała długo przechodziliśmy obok dziesiątków tablic gdzie w różnych językach była napisana treść modlitw „Ojcze nasz”. Gwoli kronikarskiej dokładności muszę wspomnieć że oprócz XIX-wiecznej świątyni najbardziej urokliwej znajduje się podziemny kościół Piusa X, dolny poziom neogotyckiej świątyni, i jeszcze jakaś świątynia. Ja największe sacrum odczuwałem w tym najstarszym górnym kościele, Wracając rzuciliśmy okiem po raz ostatni na górska pirenejska rzekę Gau i udaliśmy się do hotelu by przygotować się do następnej długiej jazdy.

Dzień piąty 2 maja

Rano wczas po godzinie 7. wyruszyliśmy z urokliwego Lourdes w kierunku Hiszpanii. Nie przedzieraliśmy się przez Pireneje ale wzdłuż pogórzy w kierunku zachodnim ruszyliśmy do wybrzeża Atlantyku. Wjechaliśmy do Hiszpanii w kraju Basków przez San Sebastian dojechaliśmy w okolice portu Santander by potem nieco odbić w głąb lądu i posuwać się w kierunku krainy zwanej ze swojska Galicja. Wkrótce wjechaliśmy  rolniczy nieco monotonny krajobraz regionu Kastylii i Leonu. W prowincji Leon zatrzęsienie bocianów, szczególnie upodobały sobie słupy najwyższych napięć gdzie na jednym wielkim słupie  potrafiło  być kilkanaście gniazd. Północna Hiszpania jest rejonem chłodnym, u nas z kraju donoszą o upałach, a tu zimno jak w psiarni i zazielenienie słabe. Wzdłuż dróg bocznych równoległych do autostrady wędrują pieszo grupy pielgrzymów  z kijami dążąc piechotą tam gdzie i my zdążamy do katedry św, Jakuba Większego, apostoła Hiszpanii. W rejonie tym zauważyłem że część listowia młodych topól była przemrożona, Pomiędzy prowincją Leon, a Galicją wspinamy się na góry około 1700 m, gdzie buki i inne drzewa liściaste są jeszcze pozbawione liści. Powyżej 1700 m n.p.m. wszystko jest lekko poprószone śniegiem. Kolega z Jordanowa melduje: jesteście w fatalnej sytuacji barycznej nad Biskajami zasiadł chłodny niż i nieprędko ustąpi. Chmurzy się i zaczyna lać. W takiej pogodzie wjeżdżamy do Santiago de Compostella. Od razu kierujemy się do domu pielgrzyma, który zlokalizowany jest na obrzeżach miasta na pustkowiu. Warunki spartańskie jak przystały na dom pielgrzyma. Ciekawy jest układ stosunków własnościowych tego domu pielgrzyma. Polscy księża dzierżawią ten teren od miasta, a miasto od diecezji. Recepcjonistka sprzedawała wina hiszpańskie za cenę 2 euro, natomiast w markecie kosztowały tylko 1 euro. Ksiądz dopuścił to wino do zbiorowego spożywania. Usiedliśmy i większej grupie zorganizowaliśmy wieczór rozrywki, ksiądz Paweł od czasu do czasu doglądał by do jakiegoś zgorszenia nie doszło.

Dzień szósty 3 maja

Rano w strugach deszczu wybrałem się na osobistą pielgrzymkę do katedry św. Jakuba. Szedłem około 1 godziny najpierw przez pustkowia gdzie zza ogrodzenia mało nie pogryzły mnie złe psy. Potem przez ciemne miasto. Dzień wstaje tu bardzo późno bo jesteśmy wysunięci w najbardziej zachodniej części kontynentu, gdzie obowiązuje ten sam czas co u nas. Czyli istnieje bardzo duża różnica pomiędzy czasem astronomicznym a urzędowym. Rozwidniło się dopiero o 7 gdy wróciłem do domu pielgrzyma. Zjadłem głodowe śniadanie i udaliśmy się pod katedrę. W świetle dziennym uczyniła na mnie ogromne wrażenie. Zdobienia, fasady i wnętrze imponujące. Tak też nawiedziliśmy to święte miejsce związane z wielkim apostołem uważanym za apostoła Hiszpanii. Wielu kupiło laski pielgrzyma przyozdobione muszlami małży z rodzaju „Pecten”. Inni kupowali specjalne placki św. Jakuba. Tradycja muszli wzięła się stąd że niektórzy pielgrzymi po nawiedzeniu katedry udawali się nad ocean tam znajdowali muszle i na pamiątkę przytraczali je do kija. Zwiedziliśmy też indywidualnie hotel królów ze wspaniałymi wnętrzami i kupiliśmy miejscowy przysmak likier z kasztanów. Ksiądz poganiał nas szybko do autobusu bo mamy jechać do Fatimy. Za niedługi czas granica z Portugalią, cofamy czas o 1 godzinę zbliżając się nieco do astronomicznego. Oprócz modlitw litanii i majówki, bo to w Polsce święto. Puszczamy sfabularyzowany film o objawieniu w Fatimie. Próbuje się dopatrzyć różnic w charakterze tych objawień jak i podobieństw. Nie sposób jednak nie zauważyć że objawienie w Lourdes ma charakter wybitnie teologiczny, a Fatimie można dopatrzyć się oddźwięku odnoszącego się do aktualnej i przyszłej światowej polityki oraz zawieruch dziejowych. W trakcie jazdy Ksiądz Paweł zachęca nas do kupienia w Fatimie nowej dużej figury NMP z Fatimy. Tłumaczy że stara jest mała, nieefektowna, kupiona w Polsce, a ta by była świetną pamiątką. Ludzie kupują ten pomysł i wkrótce do woreczka spadają jak listki banknoty 10 i 20 Euro. Po chwili osiągamy przepiękna miejscowość Porto. Jest to drugie co do wielkości miasto w Portugalii. Podziwiamy piękne konstrukcje mostowe m.in. konstruktora wieży Eiffla. Mosty są nitowane i kojarzą się nieodmiennie z drugą połową XIX wieku. Zatrzymujemy się na lewym brzegu rzeki gdzie są skupione sklepiki i winiarnie serwujące Porto. Porto jest to bardzo mocne wino wzmacniane spirytusem U nas za czasów nieboszczki Austrii nazywano je „Portwein”. Każdy  kupuje jakąś butelczynę ja jeszcze do tego portugalskie sardynki, które są najsmaczniejsze. Dorsza w restauracyjce musimy jeść nie dosmażonego, bo ksiądz popędza. Opuszczamy Porto i udajemy się do Fatimy. Jakieś 90 km przed Fatimą zatrzęsienie bocianów. Prawie na każdym słupie wysokiego napięcia kilka gniazd. Czyżby bociany przestały lubić  Polskę? Wjeżdżamy do Fatimy koło 18. Przy okazji dowiadujemy się że nazwa Fatima pochodzi od saraceńskiej księżniczki, która wyszła za miejscowego dostojnika. Na pierwszy rzut oka Fatima położona jest w mało ciekawej okolicy i sprawia wrażenie poza miejscami kultu religijnego wielkiego rozkopanego placu budowy pełnego ledwo co ukończonych czterogwiazdkowych hoteli i wielkich marketów religijnych. Właśnie zajeżdżamy pod taki czterogwiazdkowy hotel, który będzie przez trzy dni miejscem naszego pobytu. Po zjedzeniu kolacji udajemy się na mszę świętą i obserwujemy procesje światła. W tym dniu ludzi w porównaniu z Lourdes jest nie wiele. Wieczorem udajemy się z żoną na wieczorny spacer usiłując odnaleźć dworzec autobusowy , gdyż następnego dnia urywamy się do Lizbony. Po wielkich perypetiach znajdujemy dworzec daleko na uboczu.



CDN.

wtorek, 19 czerwca 2012

Pielgrzymka Jordanowiaków, czyli... (1)


...opisanie  pielgrzymki wiernych z parafii jordanowskiej  do miejsc objawień maryjnych w Lourdes, Fatimie i  La  Salette, tudzież do innych miejsc świętych rozsianych po Włoszech, Francji, Hiszpanii i Portugalii odbytej w dniach 28 kwietnia – 11 maja 2012 roku.

Stanisław Bednarz

 Tytułem wstępu

         Tak jak dla żeglarza „navigare nesesce est” tak dla katolika pielgrzymowanie nieodzownym jest. Ksiądz Paweł Gunia , który przybył do nas jordanowian z akademickiej parafii św. Anny postanowił zaszczepić nam  swoim parafianom  ducha dalekiego pielgrzymowania, które to towarzyszyło dziejom kultu religijnego niemal od zarania. Początkowo pielgrzymowano do miejsc gdzie spoczywały relikwie świętych męczenników, by gdzieś w okolicach XVI wieku pielgrzymować także do  miejsc kultu maryjnego. Sumując ten krótki wstęp można stwierdzić że pielgrzymki oprócz wartości duchowej i religijnej stanowią ważny czynnik rozwoju poznania geograficznego i kulturowego społeczeństw. Dlatego w naszej relacji oprócz wątków religijnych  pojawią się także spostrzeżenia krajoznawcze. Ja którego jako ostatniego można uznać za osobę schlebiająca bez powodu księżom  jestem pełen uznania dla księdza Pawła że nasz ludek z natury nieruchawy i niechętny wszelkim “obieżyświatom” poruszył i zachęcił do tak dalekiej wyprawy. Wędrując myślami po wątkach pielgrzymkowych literaturze polskiej natrętnie chodzi mi po głowie werset z „Chłopów” Reymonta. Gdy Hanka żona  Antka zwierza się mężowi z wielką radością że udaje się z księdzem proboszczem na pielgrzymkę do Częstochowy. Ten skwitował to chłodno „kużden łasy na próżniaczkę”. Zapewniam was czytelników tego tekstu, że poszukiwanie śladów obecności mocy Boga w rożnej formie objawień nie jest próżniaczką lecz próbą odnalezienia łączności z Bogiem zwłaszcza dla tych którzy nie szukają Go na co dzień Ale dość tych mądrości do rzeczy.

Dzień pierwszy 28 kwietnia 2012 roku

Zebrało się nas dużo bo aż 68 osób pod naszym kościołem o godzinie 5 rano. Przekrój społeczny i wiekowy naszej pielgrzymki był różnorodny od ludzi młodych po starszych od samotnych po małżonków od biednych po zamożniejszych. Wspólnie uczestniczyliśmy w porannej mszy świętej za pomyślność naszej  wyprawy. Po mszy świętej gdy wyszliśmy z kościoła cały wschodni horyzont płonął zorzami. Chciało nam się intonować „Kiedy ranne wstają zorze”. Po chwili podjechał olbrzymi autokar firmy Pastuszak z Krakowa, zasiedliśmy na przydzielonych według zasług miejscach w cichości, zgodzie i ruszyliśmy. Początkowo jechaliśmy przez Słowacje doliną Czarnej Orawy i Wagu mijając Dolny Kubin, Żylinę. Potem podziwialiśmy piękny zamek w Trenczynie, Trenczyn to miejsce do którego najbardziej na północ doszły legiony rzymskie w pierwszych wiekach naszej ery. Anioł Pański zastał nas przed Bratysławą koło Peżinoku słynnego ze słowackich win  niezbyt wysokiej jakości wśród ostatnich fragmentów karpackich wzgórz. Na Słowacji nie zwiedzaliśmy miejsc kultu religijnego ksiądz wspomniał tylko że warto by odbyć taką podróż zwiedzając między innymi Lewoczę. Jechaliśmy odmawiając litanie i co jakiś czas cząstkę różańca, I tak dojechaliśmy do Austrii. Początkowo jechaliśmy przez płaski obszar upstrzony ogromną ilością wiatraków zwany Burgenlandią również słynną z win nieco lepszych niż słowackie. Wiedeń ominęliśmy szerokim łukiem obwodnicy ocierając się o wzgórza tzw. Lasu Wiedeńskiego skąd Sobieski przeprowadzał natarcie. Te wzgórza są to już struktury alpejskie. Za Wiedniem zaczęły ukazywać się na horyzoncie  średnie skaliste Alpy. Tam wśród nich ukryte jest najważniejsze austriackie sanktuarium maryjne Mariazell, czas nie pozwala go nawiedzić, następnie przez Graz i Klagenfurt zbliżaliśmy się do Włoch, W okolicach Klagemfurty wjechaliśmy w region Austrii zwany Styrią i Karyntią. Po lewej stronie ukazał się ogromny masyw Alp Julijskich stanowiących granice ze Słowenią. Tam za tymi górami w Słowenii znajduje się naczelne sanktuarium maryjne Słowenii: Maria Bistrica też czas nie pozwala nam tam wstąpić. Za Klagenfurtem jest dwa kroki do Villach które to mijamy szerokim łukiem. Dlaczego wspominam to Villach  tam na kościele jest tablica poświęcona żołnierzom 139 pułku strzelców górskich. Pułk ten w 1939 brał udział w walkach pod Jordanowem i Jordanów wymieniony jest w ich szlaku bojowym na ozdobnej tablicy. Wreszcie około 17 przełęcz Treviso i granica z Włochami. Zjeżdżamy autostradą pośród wapiennych i dolomitowych Alp w kierunku Udine i Mestre będące częścią Wenecji.  Ksiądz puszcza fragmenty powieści Brandstetera „Jezus z Nazretu” będącą  zbeletryzowana ewangelią, Ksiądz Paweł nazywa to kołysanką ja do tego podchodzę inaczej, powieść ta zawiera tyle szczegółów geograficznych, kulturowych, obyczajowych  Judei, Galilei, Samarii że dosłownie wchłaniam ja. Około 19:30 przybywamy na pierwszy nocleg do małego ale przytulnego hoteliku między Mestre, a Padwą. Część  pielgrzymów zamówiła płatną smaczną kolację. Pan Mentel zasiadł do pianina, a później wziął leżącą na pianinie gitarę i odegrał koncert piosenek naszej młodości. I tak minął pierwszy dzień. Pogodny ciepły wieczór wręcz upalny.

29 kwietnia- dzień drugi

  Wstaliśmy wcześniej gdyż w kościele św. Antoniego o godz.10 mamy zamówioną mszę święta. Św. Antoni Padewski to bardzo ważna postać dla religii katolickiej. U nas w domu wisi bardzo stary obraz św. Antoniego z XIX wieku który strzeże domu  przed złodziejami. Przez któregoś z papieży został nazwany świętym całego świata. Ponieważ dzień ten wypadł w niedzielę rozpoczęliśmy godzinkami. Lubię godzinki gdyż w najwcześniejszym dzieciństwie śpiewano je jeszcze po domach w niedzielę rano, Pamiętam to i przy okazji sprostowałem nieprawidłowy werset śpiewany u nas w domu  o Matce Bożej. U nas w domu śpiewano “i jak mogła okryła całą ziemię”. Organista w swym śpiewie uzmysłowił mi że powinno być  „jak mgła okryła całą ziemię” bo przecież jakże by tak nie mogła. Po drodze ksiądz opowiadał o św. Antonim. Pochodził z Lizbony początkowo był zakonnikiem kanoników regularnych, potem wstąpił do franciszkanów i głosił kazania kaznodziejskie w Padwie. Zachował się w pamięci wiernych jako patron nie tylko rzeczy zagubionych ale również spraw i dusz zagubionych. Był też nazywany młotem na heretyków. Jego wizerunek jest stowarzyszony z postacią dzieciątka Jezus które podobno go nawiedziło. Dlatego nawiedzenie jego grobu w kościele w Padwie, uważam za wszechmiar konieczne. W Padwie kościół św.Antoniego nie jest głównym kościołem. Okazuje się że w centrum Padwy wznosi się ogromna katedra św. Justyny. Wynikły z tego kłopoty o których za chwile. Ksiądz Paweł chcąc utrzymać swą trzódkę w dyscyplinie i posłuszeństwie ogłosił że kto by się zagubił ma czekać przed kościołem św. Antoniego. Ponieważ chciałem w kiosku kupić  gazetę sportową i baterie do aparatu, to po długim mozolnym wydawaniu reszty okazało się że ksiądz wraz z resztą pielgrzymki  gdzieś zniknął, Wobec tego wstąpiłem do katedry św. Justyny na mszę która celebrował biskup. Sądziłem w swej naiwności że św. Antoni Padewski  powinien mieć w Padwie największy kościół. Po mszy zacząłem się niepokoić że naszych nie ma, Siadłem na schodach katedry i oczekiwałem. Po długiej chwili przybiegła Bronia Szymańska że wszyscy na mnie czekają i ksiądz jest wzburzony, Ksiądz Paweł w krótkich żołnierskich słowach skarcił mnie udzielił nauki na czym polega życie w zbiorowości. Aby rozładować atmosferę zaproponowałem mu jako pokute biczowanie na masce autobusu. Rozładowałem ciężkawy nastrój ale w rezultacie nie nawiedziłem grobu świętego, Ruszyliśmy w stronę Mediolanu jadąc tzw. Piemontem  u podnóża Alp. W Mediolanie skręciliśmy na południe  w kierunku Gór Liguryjskich i Genui, W Górach Liguryjskch pogoda zaczęła się psuć. Okolice Genui należą do wylęgarni niżów które czasem przychodzą do Polski  w postaci tzw.niżów genueńskich dając najczęściej powodzie. Tymczasem po wierzchołkach zalesionych wzgórz zaczęły przewlekać się bure nisko zawieszone ciemne chmury, temperatura spadała. Wreszcie po dziesiątkach tuneli osiągnęliśmy Genuę i ukazał się rąbek Morza Śródziemnego. Nad morzem pogoda nieco poprawiła się skręciliśmy na zachód w kierunku francuskiej granicy. Znów jechaliśmy przez  wiele tuneli wzdłuż wybrzeża.. Ja rozmyślałem o lękach polskich inżynierów przed budowaniem tuneli w o wiele prostszych warunkach geologicznych. No i granica z Francją z daleka ukazuję się na chwilkę mini państewko Monaco ta jaskinia hazardu. Za parę chwil Nicea. Kierowcy zresztą bardzo mili i profesjonalni zjechali z autostrady aby pokazać nam  centrum Nicei i nadmorska promenadę. My zdążamy do Cannes gdzie mamy nocleg. Wcześniej jemy kolacje w Mac Donaldzie podawana przez niezbyt miła obsługę. Zdążamy na obrzeża Cannes do dwu gwiazdkowego hotelu obok lądowiska dla awionetek. Po rozpakowaniu się krótki spacer gdzie obserwuje na cokole samolot myśliwsko-szturmowy typu Mosquito z drugiej wojny światowej . Zmęczeni udajemy się na spoczynek.

30  kwietnia dzień trzeci

Rano wczesny wyjazd czeka nas droga do Lourdes. Posuwamy się w znacznej odległości od Pirenejów w kierunku zachodnim, przez krainę zwana Lagdewocją. Robi się zimno jak u nas w kwietniu, Ozdobą tego regionu jest warowna średniowieczna twierdza Carcassonne, która jest perłą średniowiecznych fortyfikacji. Największą świetność twierdza ta zyskała w XIII wieku gdy stała się warownym ośrodkiem albigensów ruchu odśrodkowego w kościele głoszącego skrajne ubóstwo wyznawców. Ruch ten został uznany za heretycki. Papiestwo postanowiło zorganizować przeciw nim krucjatę i zbrojnie zdobyło warownie Carcassonne, Wszystko to przed dojazdem do tej twierdzy opowiada nam ksiądz Paweł, Ja dodam tylko cichym szeptem zza kotary że w tym czasie za szerzenie poglądów ubóstwa o mało co za heretyków nie zostali uznani franciszkanie , ale czyjeś wstawiennictwo im pomogło. Gdy przyjechaliśmy do tego miejsca na parking odległy około 20  minut od twierdzu rozszalała się okropna burza z ulewnym zimnym deszczem. Nie przeszkodziło nam to zwiedzić twierdzy. Ruszyliśmy w dalszą wędrówkę do Lourdes. Podczas jazdy przez na razie równinne rejony Francji ksiądz puścił nam fabularny film o objawieniu w Lourdes. Oglądnąłem go z zainteresowaniem, Bernatce nikt nie chciał uwierzyć. Szczególnie objawienie to wywoływało sprzeciw wśród władz miasta, dziewczynce kazano wypierać się widzenia, ona trwała przy swoim. Miało to miejsce w pierwszej połowie XIX wieku. Momentem przełomowym był fakt gdy NMP przemówiła do dziecka „jestem niepokalanym poczęciem”. Księża zaczęli wierzyć gdyż skąd u małej niewykształconej dziewczynki pojęcie na którym nie takie teologiczne rozumy  myślały. Opis Matki Bożej  przepasanej niebieska szarfą z żółtymi różami na czubkach butów był przez długi czas najbardziej spopularyzowanym wizerunkiem w kapliczkach przydomowych. Zbliżamy się do lesistych wzgórz będących przedgórzem Pirenejów Wysokich, Najwyższe szczyty poprószone świeżym śniegiem. Około 18 zajeżdżamy do Lourdes  uderzające swym secesyjnym powabem. Kwaterujemy się w porządnym nie takim nowym hotelu trzygwiazdkowym. Zjadamy hotelowa kolacje i udajemy się na mszę świętą w bocznej kaplicy. Po mszy świętej udaje się do księdza i proszę go o spowiedź  której bardzo dawno nie odbywałem. Tą spowiedź specjalnie pragnąłem odbyć w Lourdes gdyż byłem chrzczony i uczestniczyłem w pierwszej komunii w parafii NMP z Lourdes. Ksiądz katecheta z tamtejszej parafii NMP z Lourdes  XX. Misjonarzy niezapomniany Henryk Surma mówił mi musisz kiedyś nawiedzić to miejsce, I tak się stało. Bo przecież ilekroć modliłem się przed ołtarzem NMP z Lourdes  w kościele parafialnym zawsze mnie wysłuchała.  Po mszy wyszliśmy na galerie górnego najstarszego kościoła z XIX wirku obserwować procesje świateł. Ludzi było bez liku, wrażenia nie zapomniane. Wieczory długie  bo byliśmy bardzo na zachód. W powrotnej drodze z procesji obserwowałem małe sklepy z dewocjonaliami i kupiłem kilka obrazków w stylu i rycie XIX wiecznym , gustowne buteleczki na wodę i srebrny medalik który ofiarowałem żonie. Miasto wieczorem żyło pielgrzymi spacerowali tam i z powrotem, Przekroczyliśmy rzekę  Gau  i udaliśmy się do hotelu, Rano ksiądz ogłosił mszę o 6 rano obok cudownej groty. Bronia Szymańska zaproponowała mi abyśmy byli już tam o 5 i zajęli miejsca przed sama grotą. Zgodziłem się na to.



CDN.

niedziela, 17 czerwca 2012

O wulkanach w naszym MOK


W dniu 15.VI.br. w jordanowskim MOK odbyła się kolejna prelekcja na bardzo interesujący temat: „Wulkany – ich piękno i groza”, którą zaprezentowali Panowie: Stanisław Bednarz i Robert K. Leśniakiewicz. Jak się rzekło – przedstawili oni prezentację, w której ukazali wulkanizm w Polsce – czyli paleowulkanizm Małopolski i Dolnego Śląska. Mało kto wie, że w Małopolsce ostatnie wulkany dymiły jakieś 40 mln lat temu, a na Dolnym Śląsku zaledwie 5-10 mln lat temu! Pozostały po nich tylko stożki wulkaniczne i skały wylewne. Wulkaniczną, plutoniczną naturę może mieć znajdująca się pod naszym miastem Jordanowska Anomalia Grawimagnetyczna, która może być dużym lakolitem utworzonym w dawnych epokach geologicznych!  



W następnej części były omówione wulkany w Europie: we Włoszech i na Islandii – wykład ilustrowały interesujące zdjęcia Pani Wiktorii Leśniakiewicz, które wykonała ona w czasie swych podróży na Islandię, do Turcji i Kenii. Oczywiście omówiono tylko te najsłynniejsze: Wezuwiusz, Etna, Stromboli, Monte Nuovo, Thira… i na koniec najgroźniejsze z nich: Marsili i superwulkan Pozzuoli. Szczególnie groźnym byłby wybuch tego ostatniego, który mógłby pokryć tefrą także terytorium Polski na grubość 2-3 metrów! – nie mówiąc już o tym, że byłaby to straszliwa klęska ekologiczna dla całego naszego kontynentu i znacznej części Afryki.



Omówiono także najsłynniejsze wulkany świata i ich erupcje, które niejednokrotnie miały wpływ na nasze życie i historię naszej cywilizacji, skupiając się na zagrażającej nam w każdej chwili supererupcji wulkanu Campi Flegrei/Pozzuoli czającego się pod Golfo di Pozzuoli u wybrzeży Italii.



Wulkany spowodowały rozkwit cywilizacji rolniczych i kultur osiadłych. Wulkany niejednokrotnie zakończyły ich istnienie. Wulkany pomagają człowiekowi, wulkany mogą go zniszczyć. Ostatnio media zachłystują się bełkotem na temat możliwego końca świata w dniu 21 grudnia 2012 roku. Tak naprawdę, to jedynym realnym czynnikiem zagrażającym Ludzkości totalną zagładą są właśnie wybuchy wulkanów i superwulkanów, które mogą zmienić klimat naszej planety i skład jej atmosfery, do tego stopnia, że życie jakie znamy (a zatem i my też) zniknie z powierzchni naszej Ziemi. A wtedy wszystko zacznie się od nowa, jak nieraz bywało w dziejach naszej planety… 

piątek, 15 czerwca 2012

Żegnajcie działkowe ogródki!




Szanowni Państwo,

Ponad milion polskich rodzin uprawiających swoje ogródki działkowe - oazy zielni w miastach, może zostać ich pozbawione!
28 czerwca planowane jest uchylenie ustawy o rodzinnych ogrodach działkowych przed Trybunałem Konstytucyjnym.
Wiąże się to z oddaniem terenów wykorzystywanych na ogrody działkowe, gminom, które będą mogły przeznaczyć je na dowolne cele komercyjne np. sprzedać deweloperowi lub inwestorowi kolejnej galerii handlowej.
Dzisiejsi działkowicze mogą zostać pozbawieni całości swojego zielonego przybytku!
Wszyscy wiemy, że ogródki działkowe bardzo często uprawiane są przez ludzi nie koniecznie zamożnych, starszych i emerytów. Ten ich mały, kwitnący wieloma kolorami skrawek ziemi, w którego uprawę wkładają całe serce, gdzie doładowują swoje życiowe akumulatory, bardzo często jest jedyną okazją do kontaktu z przyrodą i jedyną alternatywą siedzenia przed telewizorem, w czterech betonowych ścianach swoich mieszkań.
Potrzebna jest masowa reakcja na to wydarzenie aby stosowni urzędnicy zobaczyli, że mają do czynienia z potężnym ruchem i odzewem społecznym. Więcej: http://pzd.pl/
Wysyłajcie listy i maile na adresy:
Trybunał Konstytucyjny al. Szucha 12a 00-918 Warszawa lub dorota.hajduk@trybunal.gov.pl

UWAGA!!!
Jeszcze mamy miejsca na warsztaty 17 czerwca (niedziela) a od dzisiaj świeci słońce a więc zapraszamy:
1. "W DRODZE DO SAMOWYSTARCZALNOŚCI. Gdzie szukać dobrego jedzenia?"
http://eko-cel.pl/warsztatyterminy/90-w-drodze-do-samowystarczalnoci-ekowioski-ekorolnictwo-i-ekotechnologie

Jeśli nie możecie nas odwiedzić w najbliższą niedzielę, zapraszamy na kolejne warsztaty:
1. Budowanie z Gliny i Słomy - 30 czerwca 2012
2. Permakultura w praktyce - 7 lipca 2012
http://eko-cel.pl/warsztatyterminy
3. Fotowoltaika w teorii i praktyce - 7 lipca 2012
http://www.eko-cel.pl/warsztatyterminy/92-fotowoltaika-w-teorii-i-praktyce

==========================
ICPPC - International Coalition to Protect the Polish Countryside,
Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi
34-146 Stryszów 156, Poland tel./faks 33 8797114 biuro@icppc.pl
www.icppc.pl www.gmo.icppc.pl www.eko-cel.pl
Przeczytaj - "Zmieniając kurs na życie. Lokalne rozwiązania globalnych
problemów", autor: Julian Rose www.renesans21.pl



* * *


No i o czym tu gadać. Czegoś takiego nie było nawet w czasach najgorszej komuny, a dzisiaj – w tzw. „wolnej” Polsce można każdemu wszystko odebrać, byle tylko TK „klepnął” ustawę – mądrą czy głupią – nieważne – byle była po myśli tych, którzy zapłacą za pozytywny werdykt. A deweloperzy tworzą potężne i bogate lobby, więc jestem spokojny – TK „klepnie”. Skumbrie w tomacie – chcieliście mieć dobrze, no to macie. Kapitalizm w polskim wydaniu tłamsi i depce słabych i ubogich. Dokładnie tych, którzy pomogli garstce cwaniaków i sprzedawczyków obalić PRL, co im się udało. Robotnicy dostali wała, chłopi i inteligencja także. I tak trzymać – głupota powinna być ukarana i to surowo.