czwartek, 27 lutego 2014

U oo. Benedyktynów i Mistrza Twardowskiego


Wczorajsza środa była piękna i dlatego postanowiliśmy udać się do jednego z najciekawszych miejsc w naszym województwie – do klasztoru oo. Benedyktynów w Tyńcu. Bawiąc tam ostatnio nie miałem okazji zwiedzić muzeum, więc tym razem sobie to powetowaliśmy i udaliśmy się przede wszystkim tam właśnie.








Ekspozycja jest bardzo ciekawa i przede wszystkim ciekawie przedstawiona – w podziemiu i półmroku, z którego wyłaniają się poszczególne eksponaty oświetlone fluorescencyjnym światłem. Do tego z ukrytych głośniczków sączy się gregoriański śpiew mnichów – słowem nastrój jak z powieści Dana Browna. A wszystko to za jedyne 7,- PLN od dorosłego. Oczywiście poza artefaktami materialnymi były tam także prezentacje multimedialne obrazujące historię tego przybytku.







Poza tym z wysokości skały, na której klasztor zbudowano, rozciąga się przepiękny widok na przełom Wisły i południową krawędź Jury Krakowsko-Wieluńskiej, której białe skałki wznoszą się tu i ówdzie. Atmosfera spokoju i kontemplacji wpływa kojąco na dusze ludzkie, więc nie ma się czemu dziwić, że właśnie tam ten klasztor zbudowano. Aż dziw, że jak dotąd nie znalazł się nikt, który napisałby powieść historyczno-sensacyjną w stylu Dana Browna czy choćby Kazimierza Korkozowicza albo Krzysztofa Wytrykowskiego… Przecież polskie Średniowiecze czy Odrodzenie wcale nie jest gorsze od europejskiego! I jeszcze ciekawsze, choćby dlatego, że to właśnie niedaleko od Tyńca mieszkał Mikołaj Kopernik czy niemniej słynny Mistrz Twardowski, którego porównuje się do dr Johannesa Fausta znanego dzięki Goethemu…  








No właśnie, tak à propos Jana Twardowskiego. Po zwiedzaniu pojechaliśmy jeszcze do Krakowa, by zwiedzić rezerwat Skałki Twardowskiego. Oczywiście były tam skałki – zarośnięte lasem. Wedle legendy – to właśnie tam Mistrz Twardowski odprawiał swe czarnoksięskie obrzędy i magiczne działania. I muszę przyznać, że jest tam „cliwo” nawet dzisiaj, w księżycowe noce, kiedy z okolicznych oparzelisk podnoszą się mgły, w których trzciny majaczą tajemniczo wraz z cherlawymi drzewkami. W dzień jest zwyczajnie i cywilizowanie, ale kiedy zapadnie noc, nad okolicą unosi się nieokreślony lęk… Za czasów Twardowskiego musiało tam być bagno, z którego wydobywał się metan, którego wpływ na psychikę człowieka jest oszałamiający i halucynogenny, więc przeciętny mieszkaniec Krakowa czy podkrakowskich wiosek, który znalazł się w nocy na takim podmokłym gruncie mógł przytruć się metanem i widzieć właściwie wszystko – od diabła Mefistofelesa do Twardowskiego na kogucie i tajemniczych „nocznic” świecących tajemniczymi ogieńkami w wysokich trzcinowiskach…











Dzisiaj jest tam „Karczma Rzym” – lokal gastronomiczny, w którym zjedliśmy sobie obiad po zwiedzaniu. Ogólnie daję mu 7/10 – za wystrój (nie lubię jadać w sali obwieszonej truchłami zamordowanych zwierząt) i 10/10 za jedzenie i uprzejmość personelu. Oczywiście ta karczma nie ma nic wspólnego z tą karczmą „Rzym” w Suchej Beskidzkiej, gdzie diabły porwały imć Twardowskiego, chociaż znajduje się w miejscu związanym z legendą o Mistrzu Twardowskim. Ale najważniejsze jest to, że wygląda stylowo i dają dobrze jeść. No i tutaj właśnie ongi biegł szlak z Krakowa do Rzymu, po którym szły grupy pątników, karawany kupieckie i ludzie w służbie Ich Królewskich Mości wykonujących ich tajne zadania. Jeszcze tutaj wrócimy idąc śladami ich i krakowskiego Czaromistrza…  







A to migawki z "Karczmy Rzym":






środa, 26 lutego 2014

Bliska koniunkcja



Dzisiaj mieliśmy okazję zobaczyć rankiem bliską koniunkcję „starego” Księżyca i Wenus jako Gwiazdy Zarannej. Jak to wyglądało – można zobaczyć na załączonych zdjątkach. Widać na nich sierpik Księżyca, a ponad nim planetę Wenus, pod którą przemieszczał się Srebrny Glob. Obserwacje tego rodzaju pomagały Mikołajowi Kopernikowi sporządzić właściwy obraz Układu Słonecznego, bowiem można było zaobserwować ruch i Księżyca i planet względem siebie i nieruchomych gwiazd na sferze niebieskiej.






wtorek, 25 lutego 2014

W przedwiosennym słońcu


Po kilku pochmurnych dniach zabłysło słońce! No i od razu poszło w górę – temperatura i ciśnienie. Wprawdzie nad ranem dzisiaj było -4°C, ale ciśnienie oscyluje koło 1013 hPa, a zatem jest normalnie – przynajmniej pod tym względem. Pogoda typowo wyżowa. Śniegu – na lekarstwo, występuje jedynie w wyższych partiach gór. W dzień można się spodziewać nawet do +8°C!


No i Jordanów w słońcu prezentuje się o wiele lepiej, szczególnie że jest sprzątany. Pozimowe paskudztwa powoli znikają z Rynku i ulic. Oby znikły wreszcie! Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce Planty znów się zazielenią…


Niestety – w beczce miodu mamy niezła łychę dziegciu, a właściwie… sadzy i innych pyłów, które widać na jasnych karoseriach samochodowych. I pomyśleć, że my tym wszystkim oddychamy! Czego tam nie ma? – jest pół Tablicy Mendelejewa i to te gorsze pół. Jest sadza, kurz z dróg i pył meteorytowy. No i rozmaite chorobotwórcze miazmaty, które nas zakażają – w mieście mamy aktualnie epidemie jakiejś grypopodobnej infekcji, która objawia się katarem, bólem zatok, gorączka i ogólnym osłabieniem z uczuciem rozbicia. Na szczęście po trzech dniach leżenia – przechodzi…



A zatem – byle do wiosny!

piątek, 21 lutego 2014

„Monografia” w Magistracie

Okładka "Monografii" 

W dniu wczorajszym, w Sali Posiedzeń jordanowskiego Magistratu miała miejsce prezentacja wspólnej pracy pt. „Jordanów – monografia miasta” (Bielsko-Biała 2013) pod redakcją Panów: mgr inż. Stanisława Bednarza i dr Piotra Sadowskiego, która została napisana przez: mgr inż. Stanisława Bednarza, Pana Józefa Kołodzieja, inż. Roberta Leśniakiewicza, ks. Marcina Maciążkę i dr Piotra Sadowskiego. Autorami ilustracji są: Stanisław Bednarz, Robert Leśniakiewicz, Arkadiusz Piszczek, Piotr Sadowski i Wacław Bednarz. Projekt okładki wykonał Bogdan Nosidlak.

Ta ogromna, 400-stronicowa praca została napisana w oparciu o konkretne źródła i i archiwa, takie jak m.in.: „Kronika Miasta Jordanowa”, archiwum Parafii Przenajświętszej Trójcy w Jordanowie, zbiory prywatne: Stanisława Bednarza, Pawła Matwejki, Emenuela Merza, Arkadiusza Piszczka, Marii Pudo, Piotra Sadowskiego, Łukasza Stożka, i in.

Praca składa się z 11 części w których omówiono środowisko przyrodnicze Jordanowa i Ziemi Jordanowskiej, historię regionu do 1772 roku, historię miasta w czasie Galicji i Lodomerii, historię miasta w czasie I Wojny Światowej, dzieje miasta w Polsce Niepodległej, historię Jordanowa w czasie II Wojny Światowej, miasto w czasie Polski Ludowej, historię z kart parafialnej historii, o walorach poznawczych i turystycznych Jordanowa oraz aneks o zasłyszanych rzeczach z kościelnej ambony. Istnieje jeszcze jeden – osobny – aneks pt. „Niezwykłe fenomeny nad Jordanowem” autorstwa Roberta Leśniakiewicz, w którym opisał on legendy miejskie dotyczące UFO i innych dziwnych oraz tajemniczych wydarzeń z terenu naszego Miasta i Jordanowszczyzny. Będzie on zaprezentowany na Walnym Zebraniu TMZJ w dniu 27.II.2014 roku:


A oto filmik z imprezy:


video
Prezentacja zdjęć - Bogdan Nosidlak

Prezentacja tego niezwykle cennego opracowania trwała niemal dwie godziny, w czasie których dokonano streszczenia i omówienia poszczególnych rozdziałów „Monografii”. Nie muszę dodawać, że praca ta stanowi bezcenne źródło wiedzy o naszym Mieście i jego mieszkańcach na przestrzeni dziejów – od 1564 do 1992 roku.

I jeszcze słowo o stronie wydawniczej tego przedsięwzięcia. Książka ta została wydana naprawdę w doskonałym kształcie edytorskim. Twarde okładki, niebanalny pomysł na grafikę, bogate ilustracje i doskonały papier – wszystko to tworzy naprawdę porządne dzieło godne i autorów i Czytelników. A zatem zapraszam do lektury!



środa, 19 lutego 2014

Pożar jordanowskiego kościoła – jak go pamiętam


W nawiązaniu do artykułu Panów Stanisława Bednarza i Piotra Kargula o zimowych burzach i pożarze kościoła parafialnego w Jordanowie, chciałbym do rzucić też od siebie moje trzy grosze. Samego pożaru nie widziałem, bo spałem wtedy snem sprawiedliwego, ale rano wpadła do nas sąsiadka – Pani Maria Durkowa z hiobową wieścią o nocnych wydarzeniach. Idąc do szkoły na ósmą rano widziałem jeszcze rozciągnięte węże strażackie i rozstawiony brezentowy basen z wodą przed Magistratem. Oczywiście po zajęciach polecieliśmy całą klasą oglądać zgliszcza.
Widok z zewnątrz był paskudny: stosy potrzaskanych, osmolonych dachówek leżących pod ścianą po prawej stronie. Wskutek działania ognia sygnaturka częściowo się stopiła i spadła z dachu. Szczątki częściowo spalonych belek i innych elementów konstrukcji nośnej dachu i sygnaturki też tam leżały na śniegu. Sygnaturkę potem odbudowano, ale w innym kształcie. Wewnątrz na plafonach nawy o prezbiterium widoczne były ślady wody w postaci zacieków. Zostały zdjęte niektóre kandelabry i w kościele było ciemnawo. Wszystko powróciło do jakiej-takiej normy po dość długim czasie. W 1998 roku napisałem pewien artykuł na ten temat, który opublikowałem na łamach „Czasu UFO” nr 8/1999, a oto i on:


A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana z nieba. I tak zniszczył te miasta oraz cała okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność…
Rdz 19,24-25

…błagam pana, niech pan uwierzy chociaż w to, że istnieje diabeł. O nic więcej nie proszę.
Niech mi pan uwierzy, że na to istnieje siódmy dowód, nie do obalenia i dowód ten niebawem zostanie panu przedstawiony.
Michaił Bułchakow – „Mistrz i Małgorzata”



Płonące kościoły, tajemnicze wybuchy a UFO


Płoną drewniane, zabytkowe kościoły, kościółki i kaplice. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że jest to robota samego Szatana, który zaktywizował się pod koniec II millenium – wszak Apokalipsa przewiduje się objawienie Antychrysta, więc nawet takie wytłumaczenie ma sens… Strażackie statystyki są zatrważające, a poniższe zestawienie uwidacznia tylko zastraszający w swej wymowie fakt: płoną nie tylko nasze dobra duchowe, ale także nasze dziedzictwo narodowe i kulturowe… No bo spójrzmy na cyfry:

Rok 1994  -  98 pożarów
Rok 1995  -  94 pożary
Rok 1996  -  87 pożarów
Rok 1997  -  95 pożarów
Razem   -   374 pożary

A zatem w ciągu tylko 4 lat spłonęły aż 374 drewniane obiekty sakralne![1] A najciekawsze z tego wszystkiego jest to, że gros z nich było podpalonych celowo przez sprawców, których nigdy nie ujęto. Inna przyczyną były awarie – najczęściej krótkie spięcia – w instalacjach elektrycznych. W obu przypadkach stwierdzano, że albo było to podpalenie przez NN sprawców czy krótkie spięcie w instalacjach elektrycznych i sprawę odfajkowywano, jako jeszcze jeden dopust Boży. Podejrzewano sekty satanistyczne – co jest o tyle zgodne z prawdą, że istotnie w kilku przypadkach do podpaleń przyznawali się sataniści wypisując swe bełkotliwe brednie na ścianach podpalanych przez nich obiektów. W jednym przypadku do podpalenia przyznał się żądny sławy i swych 5 minut w mediach osobnik z niedorozwojem umysłowym. I to wszystko… Za lwią częścią tych podpaleń stoi po prostu międzynarodowa mafia handlarzy dziełami sztuki, której członkowie (zwani nie wiedzieć czemu „żołnierzami”, co uwłacza prawdziwym żołnierzom) po zrabowaniu co ciekawszych z finansowego punku widzenia artefaktów, puszczają dany obiekt z dymem, a zrabowane przedmioty przemycają do Niemiec, Austrii i innych krajów – ale gównie Niemiec – gdzie sprzedaje się je na legalnych i nielegalnych aukcjach.[2] Oczywiście ten brudny biznes kręci się od lat, jednakże istnieją w naszym kraju pewne naciski, które utrudniają pracę organów ścigania, a co stanowi dowód na mafijne działanie tych grup przestępczych mających swe oparcie w najbardziej szkodzących krajowi prawicowo-liberalnych politykach i niektórych „ludziach ze szczytu układu”.

Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem pewna część obiektów sakralnych spłonęła, ale nie była obrabowana, i o tym będzie niniejszy artykuł.

Moja rodzina ma silne tradycje strażackie, i niemal każdy męski potomek służył w Ochotniczej bądź Państwowej Straży Pożarnej – tylko ja jestem wyjątkiem, bowiem czarno granatowy mundur strażaka zamieniłem na zielony mundur żołnierza WOP a po 1991 roku funkcjonariusza SG, ale mimo tego znam pracę strażaków i ich poświęcenie. A także ich opinie nie zawsze zbieżne z opiniami ich przełożonych i ekspertów…

Zacznę od tego, co mi najbliższe – od wydarzenia, które miało miejsce w nocy 23/24.II.1967 roku w Jordanowie. Był to pożar naszego kościoła – aktualnego Sanktuarium p.w. Matki Boskiej Jordanowskiej od Trudnego Zawierzenia od 25.IX.1994 roku. Pamiętam tę noc – pogoda była wtedy okropna – wiał silny wiatr zwany „orawcem”[3], który przyniósł nam opady śniegu i mróz. Całe to wydarzenie miało następujący przebieg:

W nocy z 23 na 24.II.1967 r., o godzinie 22:50 wskutek wyładowania atmosferycznego wybuchł pożar kościoła w Jordanowie. W akcji brało udział 11 jednostek OSP. Dowodził nią Stanisław Leśniakiewicz i Józef Sulak. Olbrzymi wiatr spowodował zagrożenie pożarowe dla całego miasta. (…) spaleniu uległ dach kościoła.[4]

Faktycznie, kiedy 24 lutego szedłem do szkoły, która znajduje się vis-à-vis kościoła, widziałem stojący na Rynku basen z wodą, rozciągnięte jeszcze i połączone w magistralę węże strażackie, i wokół kościoła stosy potrzaskanych dachówek, wśród których czerniały niedopalone fragmenty więźby dachowej. Zniszczenia były ogromne – najbardziej zagrożona była główna nawa, której sklepienie nasiąkło wodą, co groziło runięciem na głowy wiernych masy cegieł, dachówek i reszty szkieletu konstrukcji dachu. Na szczęście do tego nie doszło. Później pamiętam tylko przez długi czas piętrzące się rusztowania, na których pracowali ludzie ratujący budowlę przed kolapsem sufitów nawy i prezbiterium. Na szczęście transept był nienaruszony. 

Przyczyną wybuchu tego spektakularnego pożaru było – jak widać z cytowanej notatki – uderzenie pioruna. I tutaj rzecz przeciekawa – to był tylko jeden piorun. Jeden! Tak twierdzi niemal każdy świadek tych wydarzeń, a po latach potwierdził mi to Marian Leśniakiewicz. Według niego wyładowanie atmosferyczne trafiło w sygnaturkę – niższą niemal o połowę od głównej dzwonnicy – a następnie spłynęło na dach i zapaliło jego więźbę, a następnie po drutach spłynęło do odległego niemal o 150 m już nieistniejącego transformatora obok Szkoły Podstawowej i go całkowicie przepaliło, co spowodowało, że całe miasto pogrążyło się w egipskich ciemnościach. Cała akcja ratowniczo-gaśnicza toczyła się po ciemku, a jedynym światłem były płomienie na dachu kościoła. Nie było jak zaalarmować strażaków z OSP Jordanów, bo z braku prądu nie działała syrena, więc alarmowano przy pomocy trąbki sygnałowej. NB, strażak, który wtedy trąbił na alarm został przymknięty przez jakiegoś tępego gliniarza na 48 godzin za… zakłócanie spokoju i szkalowanie władzy ludowej, bowiem miał pecha wykrzyknąć, że to UB podpaliło kościół. Później dementował to ówczesny proboszcz ks. kan. Franciszek Gryga.

Dziwnym jest to wydarzenie. Jeden piorun i takie straty? Czy był to tylko piorun, czy coś innego? Na odpowiedzi na te pytania musiałem poczekać do 1998 roku, kiedy to zapoznałem się z raportem znanego dolnośląskiego ufologa, szefa legnickiego KONTAKTU i Foxa Muldera polskiej ufologii – Pana Jarosława Krzyżanowskiego. Wspomniany tutaj raport dotyczył innego, ale niemniej ciekawego wydarzenia z Dolnego Śląska, które wydarzyło się w małej miejscowości Biedrzychowice, w nocy 24/25.I.1993 roku, o godzinie 04:30 CET.

Tej nocy, nocujący na plebanii, ks. S. M. został poderwany z łóżka przez potężny huk. Ks. S. M. obudził się i ku swemu zdumieniu ujrzał w oknie ogromną kulę, która jarzyła się biało-niebieskim światłem. NOL unosił się w powietrzu przez 5-10 sekund, a potem znikł iście po angielsku – pozostawiając jednak ślady: płonącą firankę, zniszczony telefon i osmaloną futrynę na plebanii.

W kościele te zniszczenia były jeszcze większe: czuć było swąd spalenizny, kable elektryczne i bezpieczniki były wyrwane ze ściany, a także było wybite jedno z okien, przy którym przebiegały kable. Już w świetle dnia księża stwierdzili dodatkowo uszkodzenie miedzianej kopuły o powierzchni 1 m². Żeby było jeszcze ciekawiej, to Jarosław Krzyżanowski dodaje jeszcze jeden szczegół istotny dla sprawy – otóż po tym wydarzeniu, tj. po godzinie 04:30 w całej wsi nie było prądu… Oględziny ubytków tynku i kopuły dokonano za dnia.

Inni świadkowie twierdzą wprost, że o wpół do piątej rano widziano przelatującą z NW na SE na niskim pułapie fioletową kulę z ogonem koloru białego w tęczowe pasma, która z szumem przeleciała ponad domami i uderzyła w wieżę kościoła, powodując zniszczenia w kościele i na plebanii, poczym znikła… Pogoda była wtedy całkiem dobra, żadnych opadów, temperatura powyżej zera Celsjusza. Ks. S. M. sugeruje, że to był piorun kulisty.[5]

Piorun kulisty – niektórzy uczeni zaciekle negują ich istnienie, zaś inni – usiłują wytłumaczyć nimi istnienie UFO.[6] Rzecz w tym, że pioruny kuliste powstają na krótko przed, w czasie i po burzy elektrycznej, a takowej w obu przypadkach – tak jordanowskim jak i biedrzychowickim – nie było.

W dniu 14.I.1993 roku, na dwa tygodnie przed incydentem biedrzychowickim, w innym zakątku naszego kraju miał miejsce równie nieoczekiwany incydent. Wydarzyło się to w małej miejscowości Jerzmanowice – położonej pomiędzy Krakowem a Olkuszem w Jurze Krakowsko-Wieluńskiej. Tym razem około godziny 18:00 CET rozległ się potężny huki na moment był widoczny potężny błysk. W całej wsi zgasło światło i przestały działać telefony…. A rankiem mieszkańcy Jerzmanowic ujrzeli zmianę wyglądu wapiennego ostańca zwanego Babią Skałą, której wierzchnią część wybuch szacowany przez specjalistów na 100 kg TNT rozniósł na niewielkie odłamki, które zasłały okoliczne pola i łąki w promieniu 200-700 m wokoło.[7] (…)

Dnia 7.XI.1996 roku, także w Jurze Krakowsko-Wieluńskiej, o ok. godzinie 4. nad ranem, miało miejsce lądowanie NOL-a w Olsztynie k./Częstochowy. I tutaj NOL – a nawet dwa Nocne Światła – objawiły się z hukiem i błyskami światła. Ślady lądowania widoczne były przez kilka lat.

W dniu 2.X.1994 roku, o około 21:45 CET jordanowska OSP została poderwana alarmem. Palił się słynny drewniany kościółek na Piątkowej Górze nad Chabówka przy DK 47. Kiedy tylko dowiedzieliśmy się o tym nieszczęściu pojechaliśmy tam, by zobaczyć co się dzieje. Ponieważ policja nie dopuściła nas do miejsca pożaru, wraz z siostrą pojechałem na odcinek drogi pomiędzy Skawą a Rabą Wyżną i stamtąd obserwowaliśmy pożar przez lornetkę i gołym okiem. Niewiele było widać poza niewyraźną łuną i błyskami lamp stroboskopowych strażackich wozów bojowych. Nazajutrz pojechaliśmy obejrzeć zgliszcza. Wszystko wyglądało tak, jakby ogień zaatakował bryłę kościoła od strony południowej, a potem objął dach i pozostałe ściany, co było dziwne, bo pogoda była zimna i wilgotna – padał drobny deszcz. Dziwne było to, że ewentualny podpalacz wybrał sobie taki niesprzyjający dzień do dokonania swego „dzieła”. I w tym przypadku pozostał on nieuchwytny, bo wprawdzie zgłosił się jakiś młody człowiek, ale nie był w stanie potwierdzić swej wersji wydarzeń, a poza tym był chory psychicznie, więc go zwolniono.[8] Prawdziwi sprawcy znów pozostali na wolności

[Do tego należałoby dodać jeszcze dziwne incydenty z NOL-ami, które miały miejsce w okolicach Piotrkowa Kujawskiego i Radziejowa Starego na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Tam też zaobserwowano dziwne efekty świetlne. Opisano to na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/obcy-interweniuja-w-nasze-srodowisko-2.html - gdzie cytuję raport red. Jana Trettera. Tutaj już nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla tego, co się tam działo… Nie zapominajmy, ze to właśnie niedaleko od tych miejscowości, w Wylatowie – pokazały się w latach 1998-2002 tajemnicze kręgi zbożowe zwane agroformacjami…]

Wracając jeszcze do pożarów kościołów, to sądzę, że ich sprawcy pozostaną na wolności, bowiem poza cytowanymi tutaj incydentami i innymi – o których tylko wspomnę – a to w Niedźwiedziu, Łękawicy czy Olszówce – stoją raczej nie-ziemskie, ale bynajmniej także nie-diabelskie siły.

I jeszcze jeden przypadek na poparcie tej tezy: ponownie Jordanów, jesień 1994 roku lub wiosna 1995. Około godziny 22. zaczęły ni z tego ni z owego same bić wszystkie dzwony w naszym Sanktuarium. Kiedy bicie w dzwony trwało około kwadransa, mój ojciec Adam Leśniakiewicz wraz z kilkoma strażakami (pamięć pożaru w 1967 roku była wciąż żywa – sic!) udali się do kościoła w celu zbadania sytuacji. Przybyły na to miejsce kustosz Sanktuarium ks. dziekan Bolesław Wawak stwierdził, że z nieznanej przyczyny doszło do zwarcia w instalacji elektrycznej sterującej pracą mechanizmu napędowego dzwonów i to spowodowało ten alarm. Niby mało znaczące wydarzenie – zwarcie i kropka. Ale jest jeden problem: to zwarcie nie mogło powstać samo z siebie, a zatem coś musiało je spowodować. Poza tym taki przypadek już się nigdy nie powtórzył, a powinien, skoro to było tylko zwarcie instalacji. Coś to musiało spowodować, to oczywiste. Człowiek? – nie, bo kościół był już o tej porze zamknięty na cztery spusty. Mysz czy szczur? – wątpliwe… Mając w pamięci opisane tutaj wypadki tylko jedno wyjaśnienie tłumaczy to wydarzenie – a miano ciecie: udar magnetyczny czy elektromagnetyczny przelatującego w pobliżu UFO.

Każdy NOL jest otoczony barwną poświatą czy też otoczką, która – jak twierdzi prof. dr inż. Jan Pająk – powstaje w wyniku zjonizowanego powietrza przez szybkozmienne, bardzo silne pola magnetyczne czy elektromagnetyczne generowane przez pędniki magnolotu.[9] Taki magnolot, dzięki temu jest w stanie poruszać się we wszystkich ośrodkach i to z ogromnymi prędkościami. Teoria prof. Pająka elegancko wyjasnia wszystkie osobliwości związane z efektami obserwowanymi przy przelotach czy lądowaniach UFO.[10] A teraz, skoro przelot NOL-a często-gęsto manifestuje się „wyłączaniem” prądu elektrycznego w naszych instalacjach[11], to być może – właściwie na pewno – zachodziło tutaj zjawisko odwrotne – przelot UFO generował dodatkowe napięcie w sieci elektrycznej, co powodowało palenie się przewodów, spięcia i przepalenie bezpieczników, spalenie transformatorów, stopienie uzwojenia elektromagnesów, cewek, itd. itp., powstanie prądów wirowych (zgodnie z regułą Oersteda) i rozgrzewanie się metalowych przedmiotów, co doskonale tłumaczy zaobserwowane zjawiska – łącznie z wybuchami w Jerzmanowicach czy Olsztynie k./Częstochowy. Uderzenie silnych pól elektromagnetycznych powodowały dysocjację wody na wodór i tlen, które potem reagowały ze sobą i atmosferycznym azotem, co pozwala na wyjaśnienie zaobserwowanych czasami fal ostrego zapachu – tak pachną właśnie tlenki azotu – NO, NO2, NO3… - wnikają one w glebę i wchodząc w reakcje z zawartymi w niej związkami wapnia tworzą saletry wapniowe, które są stymulatorem wzrostu roślinności na terenie lądowania UFO, jak to miało miejsce w Olsztynie k./Częstochowy czy Jerzmanowicach. Co do ostrego zapachu, to może on pochodzić także od ozonu, który jest trójatomową formą cząsteczki tlenu – O3.

To także może być wyjaśnieniem fenomenu płonących kościołów i innych obiektów drewnianych (o których nie mówi się głośno), a których przyczyną pożarów mogło być przetężenie prądu w instalacjach elektrycznych tychże obiektów. Nie ma się co czarować – te budowle maja instalacje elektryczne nie pierwszej młodości, niekiedy są one we wręcz skandalicznym stanie zaniedbania. Wystarczy by NOL tylko przeleciał w pobliżu takiego budynku, a stanie on w płomieniach. Udar pola elektromagnetycznego stopi miedziane przewody, a że miedź płynie w temperaturze +1083°C a wrze w +2350°C, to przesuszone drewno zapala się już w temperaturze od +350 do +500°C, a na dodatek jest to modrzew czy choćby smolna sosna, to przy obecności terpentyn, żywic i olejków eterycznych punkt zapłonu takiego drewna się jeszcze obniża… No, a jeszcze jak drewno nasycone jest impregnatami opartymi o frakcje ropy naftowej… - to lepiej nie myśleć. (…)

Na zakończenie chciałbym pocieszyć tych, którzy martwią się możliwością wybuchu pożaru swego drewnianego domu dzieli przelotowi nad nim UFO czy IUFO.[12] Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Przypadki takie są akcydentalne i nie wynikają ze złej woli czy wręcz agresywności Obcych. W większości przypadków winę za to ponosimy my sami – nasze wadliwe instalacje elektryczne, niewłaściwe zabezpieczenia kabli i innych urządzeń przed zapłonem, użycie niewłaściwych, bo łatwopalnych materiałów izolacyjnych, itd. itp., więc wińmy za to nasze własne niedbalstwo i głupio pojmowana oszczędność, a nie Obcych.

I jeszcze na koniec – oczywiście (dla wierzących) diabeł istnieje, ale nie lata w UFO, bo po prostu nie musi… Jak każdy duch może się przemieszczać tak, jak energia z prędkością światła. A co do satanistów, to od nich są egzorcyści – to ich działka.

A Obcy? Nie tacy Obcy straszni, jak Ich malują. Są jeszcze straszniejsi, ale to już temat z innej ballady…[13]  

Jordanów, 1999

     




[1] Źródło: program telewizyjny „Express reporterów”, TVP-2, marzec 1998 rok. 
[2] Materiały operacyjne Straży Granicznej (dawny WOP) i Głównego Urzędu Celnego z lat 1989-1994, z którymi zetknąłem się osobiście wymieniały ta metodę jako jedną z wielu z całego szeregu metod działania polskiej i zagranicznej mafii w naszym kraju.
[3] Na Podhalu wieją dwa wiatry – ciepły, fenowy wiatr halny od południa i chłodny wiatr orawski od zachodu. Obydwa są zwiastunami zmiany pogody na gorszą.
[4] Józef Kołodziej – „Kronika miasta Jordanowa1967-70”, t. 3, Towarzystwo Miłośników Ziemi Jordanowskiej.
[5] Źródło: Jarosław Krzyżanowski – „Dokumentacja przypadku CE2/NL w Biedrzychowicach”, Legnicki Klub Badań Zjawisk Nieznanych „Kontakt”, Legnica 1998 – na prawach rękopisu.
[6] Zob. Lucjan Znicz-Sawicki – „Goście z Kosmosu – NOL”, t. 3, Gdańsk 1984; Janusz Gil – „UFO, Däniken i zdrowy rozsądek”, Warszawa 1996.
[7] Artykuły prasowe z „Gazeta Krakowska” i „Gazeta Wyborcza”, styczeń 1993 r.
[8] „Gazeta Krakowska”, „Tygodnik Podhalański” i „Nasze Strony” z października 1994 roku.
[9] Termin „magnolot” bardziej odpowiada duchowi języka polskiego, niż „magnokraft”.
[10] Zob. J. Pająk – „Badania osób z nieuświadomionymi przeżyciami”, Dunedin, NZ, 1997 – na prawach rękopisu.
[11] W literaturze popularnej stosuje się angielski termin black-out, co można zastąpić polskim terminem zaciemnienie. 
[12] IUFO – Niewidzialny Nieznany Obiekt Latający – kategoria NOL-i niewidzialna dla nieuzbrojonego oka ludzkiego, a wykrywalna przy pomocy urządzeń technicznych, np. radar, kamery IR czy UV.
[13] Kazimierz Bzowski – wywiad dla „Czterech pór roku”, JEDYNKA Polskiego Radia w dn. 3.IV.1998 roku oraz Bronisław Rzepecki – oświadczenie w trakcie narady koordynacyjnej przy VI Środkowoeuropejskim Kongresie Ufologicznym w Koszycach, 28-30.XI.1997 roku.