poniedziałek, 30 czerwca 2014

No i posiali...!


Starożytna polska mądrość ludowa mówi, że jak na św. Piotra i św. Pawła pada deszcz, to oznacza, że owi zacni święci sieją grzyby, których obfitość mają zapewnić właśnie takie deszcze.

Wszystko zaczęło się trzy dni temu, kiedy zmieniła się cyrkulacja powietrza i zaczęło wiać od południa i południowego-zachodu. Było to typowe, afrykańskie, gorące powietrze o zapachu pustyni. Wygrzane gdzieś nad Saharą, pogonione przez nadchodzący znad Atlantyku niż ruszyło szeroką rzeką nad Polskę, przynosząc nam temperatury rzędu +27,6°C i wczoraj +30,3°C, przy wilgotności powietrza, która spadła poniżej 20%!


Na szczęście po południu zaczęło się chmurzyć, a około godziny 18. – padać. Zrazu lekko potem „norymnie”. Oczywiście burze obeszły nas bokami – jedna czaiła się za Tatrami, druga poszła na Śląsk. W ciągu ostatniej doby spadło 6,76 l/m² i od czasu do czasu przechodzą deszczowe „chaje”, które dokładają po litrze na metr kwadratowy. Wprawdzie dzieciaki w czasie deszczu się nudzą, ale – z tego co mówi Pan Bednarz – zaczął się wysyp kurek, bo to i ciepło i deszczowo i zmieniła się faza Księżyca, który właśnie idzie ku pełni.


Tak więc obaj święci posiali i mam nadzieję, że grzyb latoś będzie mocny!

106 lat temu…


Wczesnym rankiem, dnia 30 czerwca 1908 roku, nad terytorium południowej części Centralnej Syberii wielu świadków obserwowało fantastyczne widowisko: na niebie leciało coś ogromnego i świecącego. Według relacji jednych była to rozjarzona kula, zaś inni twierdzili, że był to ognisty snop z kłosami do tyłu, trzeci zaś widzieli w tym zjawisku płonące bierwiono... Lecące po nieboskłonie ogniste ciało pozostawiało po sobie ślad, jak normalny meteoryt. Jego przelot manifestował się także wieloma zjawiskami dźwiękowymi, które odnotowało tysiące naocznych świadków w promieniu kilkuset kilometrów i spowodowały przestrach, a gdzieniegdzie też i panikę.

Około godziny 07:17.11 KRAT mieszkańcy faktorii Wanawara, znajdującej się na brzegu rzeki Podkamienna Tunguska, prawego dopływu Jeniseju, ujrzeli na północnej części nieba oślepiająco jasną kulę, która była jaśniejsza od Słońca. Kula przekształciła się w ognisty słup. Po tych świetlnych zjawiskach świadkowie poczuli wstrząs ziemi, potem rozległ się potężny huk wielokrotnie powtórzony, jak uderzenia piorunów w czasie burzy.
Huk i grzmot wstrząsnął wszystkim dookoła, a był on słyszanym w promieniu 1.200 km od epicentrum katastrofy. Drzewa padały jak skoszone, z okien wylatywały szyby, zaś na rzekach pojawiły się ogromne fale przypominające wodne wały. Przerażone zwierzęta miotały się w panice po tajdze. W promieniu powyżej stu kilometrów od centrum wybuchu drżała ziemia i wyłamywały się ramy okien.

Jednego ze świadków wstrząs odrzucił w tył na 3 sążnie.  Jak się potem wyjaśniło, fala uderzeniowa powaliła w tajdze drzewa na powierzchni o promieniu 30 km. Od potężnego uderzenia promieniowania świetlnego i termicznego oraz potoku rozpalonych gazów wynikł pożar lasu, a w promieniu kilkudziesięciu kilometrów doszło do spalenia pokrywy roślinnej.

Odgłosy i echa spowodowanego wybuchem trzęsienia ziemi zarejestrowano przy pomocy sejsmografów w Irkucku (Rosja), Taszkiencie (Uzbekistan), Słucku (Białoruś) i Tbilisi (Gruzja), a także w Jenie (Niemcy). Powietrzna fala uderzeniowa spowodowana niebywałym wybuchem obiegła dwukrotnie kulę ziemską. Jej obecność odnotowano w Kopenhadze (Dania), Zagrzebiu (Chorwacja), Waszyngtonie, Poczdamie (Niemcy), Londynie i Dżakarcie (Indonezja), i kilku innych miejscach na planecie.

W kilka minut po eksplozji zaczęła się burza magnetyczna, która trwała blisko 4 godziny. Burza ta, jak można to było wywnioskować z opisów, była niezwykle podobna do tych, które obserwuje się obecnie w ziemskiej atmo- i magnetosferze po próbnych eksplozjach „urządzeń” jądrowych i termojądrowych.

Dziwne zjawiska zachodziły na całym świecie w czasie kilku dób od zagadkowego wybuchu w tajdze. Nocą 30.VI./1.VII.1908 roku, w ponad 150 punktach Syberii Zachodniej, Azji Centralnej, europejskiej części Rosji i w Europie praktycznie nie było nocy, bo na niebie, na wysokości około 80 km , wisiały srebrzyste obłoki świecące mocnym światłem. W miarę upływu czasu, intensywność tych „białych nocy z 1908 roku” znacznie spadła, i już 4 lipca ten „kosmiczny fajerwerk” całkowicie dobiegł końca, tym niemniej rozmaite świetlne fenomeny obserwowano w ziemskiej atmosferze aż do końca lipca 1908 roku.

Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden fakt, który ma związek z wybuchem w dniu 30 czerwca 1908 roku. W kalifornijskiej stacji aktynometrycznej stwierdzono wyraźne zmętnienie atmosfery i znaczny spadek promieniowania słonecznego. Było ono porównywalne z tym, które stwierdzono w czasie silnych wybuchów wulkanicznych. Tak wyglądają niektóre konkretne dane o Wybuchu Tunguskim w 1908 roku.

Tak czy owak, ów rok - jak podają gazety i magazyny - obfitował w mnogie „niebiańskie” jak i „ziemskie” niezwykłe fenomeny i zjawiska przyrody. I tak np. wiosną 1908 roku odnotowano niezwykle niszczące powodzie spowodowane obfitymi opadami śniegów  w Szwajcarii w końcu maja! - zaś nad Oceanem Atlantyckim zaobserwowano chmurę gęstego pyłu. W ówczesnej prasie regularnie pojawiały się informacje o kometach, które widziano na terytorium Rosji, o kilku trzęsieniach ziemi, o dziwnych zjawiskach i nadzwyczajnych wydarzeniach, które wynikły z nieznanych przyczyn.

Zatrzymajmy się przez chwilę przy jednym niezwykłym fenomenie optycznym, które obserwowano nad Brześciem (Białoruś), w dniu 22 lutego 1908 roku. Rankiem, kiedy pogoda była jasna i powietrze przeźroczyste, po północno-wschodniej stronie nieba, nad horyzontem, pojawiła się silnie świecąca plama, szybko przybliżająca się  i przybierająca kształt litery V. Obiekt ten przemieszczał się ze wschodu na północ. Jego blask początkowo bardzo jasny zmniejszał się, ale rozmiary wzrastały. W ciągu pół godziny widzialność plamy stała się bardzo mała, a po upływie półtorej godziny obiekt definitywnie znikł. Długość jego ramion była ogromna! Czyż ta informacja nie przypomina mi wszystkich relacji o obserwacjach UFO, które literalnie zalewają nas w ostatnim czasie? I wszystkie te najbardziej nieoczekiwane wydarzenia i zjawiska bezpośrednio poprzedzały katastrofę...

Na środkowej Wołdze w nocy 17/18 i 18/19.VI. obserwowano zorzę polarną.

Od 21 czerwca 1908 roku, tj. na dziesięć dni przed katastrofą, niebo nad Europą i Zachodnią Syberią w wielu miejscach rozjaśniały jaskrawe i kolorowe zorze.
W nocy 23/24.VI. nad okolicami Jurewa i niektórymi miejscowościami nad Bałtykiem, wieczorem i w nocy ukazały się jaskrawe, purpurowe zorze, przypominające te, które obserwowano ćwierć wieku wcześniej, po straszliwej - utożsamianej z kataklizmem -  erupcji i wreszcie eksplozji wulkanu Krakatau.

Białe noce przestały być monopolem Północy. Na niebie lśniły długie srebrzyste obłoki, wyciągnięte równoleżnikowo - ze wschodu na zachód. Od 27 czerwca poważnie wzrosła liczba takich obserwacji. Odnotowano częste przeloty jaskrawych meteorów. W przyrodzie czuło się napięcie, przybliżanie się czegoś niezwykłego...

Należy odnotować, że wiosną, latem i jesienią 1908 roku, badacze stwierdzili znaczne podwyższenie się poziomu aktywności rojów meteorytowych. Ilość prasowych doniesień na temat obserwacji spadków meteorów i meteorytów z tego okresu jest o wiele razy większa, niż w innych latach. Jasne bolidy widziano w Anglii, europejskiej części Rosji, republikach bałtyckich, Azji Centralnej, Syberii i w Chinach.

Pod koniec czerwca 1908 na Katondze - jak miejscowi nazywają Podkamienną Tunguską - pracowała ekspedycja członka Towarzystwa Geograficznego - A. Makarenki. Udało mi się znaleźć krótki raport o jego pracach. Pisało się w nim, że ekspedycja przeprowadziła pomiary brzegów Katongi, jej głębokości, farwaterów, itd. - ale nie ma w nim mowy o jakichś niezwykłych wydarzeniach zaobserwowanych w związku ze spadkiem meteorytu i towarzyszących temu wydarzeniu innych fenomenów... I to jest jedna z największych tajemnic Tunguskiej Katastrofy! - no bo jak mogło to się stać, że ekspedycja Makarenki nie zauważyła świetlistego zjawiska przelatującego nad tajgą, ani nie słyszała potwornego huku, którymi to efektami zamanifestował się spadek kosmicznego gościa w lasy Syberii???

Na razie pozostańmy przy tej jednej z pierwszych zagadek związanych z Tunguskim Wybuchem, ponieważ w dalszym ciągu przyjdzie nam niejeden raz zetknąć się z faktami tego rodzaju.

Niestety, do dziś dnia nie posiadamy żadnych świadectw o tym, czy wśród naocznych świadków znaleźli się uczeni, którzy zajęliby się sprawdzeniem jego autentyczności, nie mówiąc już o udaniu się na miejsce wybuchu i zbadaniu rzeczy in situ.

Prawdą jest, że z przedrewolucyjnej prasy, wspomnień mieszkańców i niektórych petersburskich uczonych, doszły do nas informacje o tym, że w latach 1909-1910 jacyś ludzie z narażeniem życia udawali się na miejsce Tunguskiej Eksplozji i widzieli tam niezwykłe rzeczy i zjawiska. Kim oni byli? Kto zorganizował tą ich ekspedycję?... Nie ma  żadnych oficjalnych doniesień o tym, i ślady po tej tajemniczej ekspedycji pozostają nieznane...

Pierwsza ekspedycja, o której są wiarygodne dane, została zorganizowana w 1911 roku przez Omski Urząd ds. Dróg Ziemnych i Wodnych. Kierował nią inż. Wiaczesław Szyszkow, który potem został znakomitym pisarzem. Ekspedycja przeszła w dużej odległości od epicentrum wybuchu, chociaż odkryła w rejonie Niżnej Tunguski ogromny wywał lasu, którego jednak nie powiązano ze spadkiem meteorytu...

I na koniec kilka słów na temat terminologii, nazwach i abrewiaturze. Publikacje o niezwykłym zjawisku bardziej czy mniej obiektywne, a nawet z elementami dezinformacji (???) pojawiły się w syberyjskich gazetach: „Sibirskaja żyzń”, „Sibir”, „Gołos Tomska”, „Krasnojariec” w okresie od czerwca do lipca 1908 roku. W nich, jak i w zrywnym kalendarzu wydawnictwa O. Kirchniera (Sankt Petersburg) na 1910 rok, meteoryt nazwano Filimonowskim, a nie Tunguskim. Nazwa „Meteoryt Tunguski” pojawiła się i weszła na stałe do terminologii naukowej dopiero w 1927 roku.

Nazwa Meteoryt Tunguski nie powinna nikogo wprowadzać w błąd, choć jak powiedział słynny badacz tego fenomenu W. Bronsztejn wpadliśmy tutaj w pułapkę terminologiczną: wszak meteorytami nazywamy ciała kosmiczne, które spadają na Ziemię. Jednak ostatnimi czasy w naukowej i popularnej literaturze autorzy używają terminu „meteoryt” - a to ze względy na efekty jego upadku. Dziś już nie słyszymy sprzeciwu, że „Ciało Tunguskie” nie można stawiać w jednym rzędzie z żelaznymi czy kamiennymi meteorytami, które zazwyczaj spadają na Ziemię.

Rzecz w tym, że gigantyczne meteoryty z masą tysięcy ton - a masa Meteorytu Tunguskiego była oceniana, na co najmniej 100.000 ton - powinny przebijać atmosferę Ziemi i wbijać się w jej powierzchnię, tworząc kratery. W naszym przypadku powinien powstać krater o średnicy co najmniej 1,5 km i głębokości kilkuset metrów. Nic takiego nie zaszło!...

Meteorytu Tunguskiego nie było i nie ma! - do takiego wniosku doszli badacze na początku lat 80. Paradoks? Nie. To było po prostu uściślenie terminologii. Pojawił się bardziej dokładny i adekwatny termin: „Tunguskie Ciało Kosmiczne”... - ja jednak zachowam zwyczajową formę: Meteoryt Tunguski i w tej pracy wprowadzam następujące skróty: TM - Tunguski Meteoryt; TKC - Tunguskie Ciało Kosmiczne i TF - Tunguski Fenomen.


---oooOooo---


Tyle rosyjski badacz tego fenomenu A. I. Wojciechowskij. Ze swej strony polecam dwa opracowania, które można znaleźć w Internecie: Peter Krassa – „Największa zagadka stulecia” - http://hyboriana.blogspot.com/2013/03/najwieksza-zagadka-stulecia-0.html oraz „Bolid Syberyjski” pod moją redakcją na stronie - http://hyboriana.blogspot.com/2012/01/bolid-sybreyjski-0.html.


Dlaczego mnie to tak interesuje? Co to ma wspólnego z Jordanowem? – ktoś zapyta. Ano to, ze to niezwykłe zjawisko widział mój dziadek Franciszek Baranowicz, który w tym czasie był (jak i wielu Polaków) w carskim wojsku stacjonującym na Syberii. Tak więc dla mnie jest top poniekąd sprawa rodzinna, która wciąż mnie interesuje. 

niedziela, 29 czerwca 2014

Smród na salonach i gumowe uszy (felieton krytyczny)



Od kilku tygodni śledzę szarpaninę naszego sejmu i rządu z taśmami kolejnej afery podsłuchowej. Rzecz byłaby śmieszna i kabaretowa, gdyby nie to, że dotyczy naszego państwa, jako pewniej organizacji społeczeństwa. Oto kilku kelnerów na zlecenie jednej z partii opozycyjnych – co jest oczywiste – podsłuchuje rozmawiających przy kawiorze i szampanie polityków z partii rządzącej. Mało tego – wszystkie te brudy wypowiadane knajackim językiem – są wyciągane na światło dzienne i komentowane przez media, ku wściekłości oszukanego społeczeństwa, do wtóru szyderczemu śmiechowi z Kremla i rechotowi z Zachodu. Dawno nie mieli takiego ubawu przez kolejny numer, który wywinęły „głupie Polaczki”.

Jeżeli ktoś chciał skompromitować demokrację i ideały wolności – o której tak pięknie mówił nasz pan prezydent z okazji ćwierćwiecza prawicowego przewrotu w Polsce – to mu się udało. Wielu ludzi wreszcie przestało wierzyć w te całe „wolnościowe” i „solidarnościowe” pustosłowie, w ten hurra-bogo-ojczyźniany bełkot którym rządzący „styropianowcy” karmili nas przez 25 lat i który w starciu z wrzeszczącą rzeczywistością stał się niewart nawet funta kłaków. Co zrobiono z tym krajem, to wystarczy popatrzeć na to, co się dzieje w Jordanowie.

Oto czytam w lokalnych gazetach o podsłuchach w Zawoi i nepotyzmie (czytaj: kumoterstwie) w Jordanowie. Ohyda. Najbardziej irytuje mnie to, że robią to ludzie, którzy należą bądź sympatyzują z partią, której lider przekonuje nas, że jak tylko dorwie się do żłobu i koryta, to zabierze się za walkę z „szarą siecią układów”, zaprowadzi w kraju prawo i sprawiedliwość w oparciu o Dekalog i wartości chrześcijańskie…

 Nie, nic z tego – nie wierzę w te wszystkie zapewnienia i obiecanki-cacanki. Tak jak nie wierzę już tym, którzy codziennie biegają do kościółka demonstrując swoją wiarę tyle solenną, ile fałszywą – jak się okazuje. Nie komuniści, nie geje i lesbijki, nie palikociarze, ale właśnie oni swoim postępowaniem ośmieszają tzw. „wartości chrześcijańskie” – co podaje pod rozwagę PT. Władzom Kościelnym. To oni właśnie brukają swą niepohamowaną pazernością wizerunek polskiego katolika, jego obraz w świecie. To oczywiste, bo jak w perspektywie jest kasa i możliwość jej zdobycia, to wtedy „wartości chrześcijańskie” idą w kąt, słowa św. Jana Pawła II nie mają znaczenia, Dekalog także. Jest tylko ona – KASA! I dla niej są w stanie zrobić wszystko – wziąć w łapę, dać w łapę, posadzić kogoś na stołku czy zwalić z tegoż. I opluć wszystko to, w co kazali nam wierzyć. Tak dokładnie właśnie było, jest i będzie.


Ale żeby to zrozumieć, trzeba trochę pomyśleć. Trzeba mieć odwagę myśleć i wyciągać wnioski! – a tego w tym biednym, ogłupionym narodzie już nie ma… Myślenie zastąpiła wiara, a odwagę służalczość. Polska jest rządzona przez banksterów – nie polskich bynajmniej – i kelnerów, którzy to ujawniają. Tylko że ten rząd zamiast złemu zaradzić, chce wieszać tych, którzy tą patologię ujawniają. Czy można mieć do niego zaufanie…? Czy można mieć zaufanie do kogoś, co mówi jedno, a robi drugie – a w rezultacie jest tylko gorzej i coraz gorzej? Oczywiście NIE! 


czwartek, 26 czerwca 2014

Wreszcie deszcz świętojański!


Ostatni tydzień był zmienny, ale nadal panowała susza. Wprawdzie 20, 21 i 22.VI padały deszczyki, ale to wszystko zamknęło się w ilości 2,95 mm/72 h, czyli tyle, co kot napłakał. Wbijając do ziemi szpile do solarnych lampek w moim ogródku musiałem zastosować fortel: najpierw polałem solidnie ziemię – odczekałem pół godziny – i dopiero potem mogłem je wbić. Na jakieś 3-4 cm, dalej się nie dało, niżej była Sahara…




W dniu wczorajszym od samego rana czuło się nadchodzącą burzę. Było duszno, a na niebie od południa zaczęły się gromadzić chmury. Po południu rozległy się pierwsze grzmoty, a po pewnym czasie niebo nabrało szarosinej barwy i lunęło. Wielkie krople norymnego, burzowego opadu uderzyły w spragnioną glebę przybijając jednocześnie co słabsze rośliny do ziemi. Nie było wielu wyładowań atmosferycznych, za to w ciągu pół godziny napadało jakieś 20 mm deszczu. Potem też padało, ale już była to gęsta mżawka. Ogółem spadło 29,12 l/m2/24 h deszczu. Był to normalny, rzęsisty deszcz świętojański, który pojawił się o swoim czasie – jakby powiedział to śp. red. Andrzej Zalewski…








Jak później powiedział mi Pan Bednarz, w Jordanowie było tego najwięcej – mieliśmy właściwie oberwanie chmury, bowiem w okolicznych miejscowościach spadły 1 - 2 maksymalnie do 5 mm deszczu!  I dobrze – wreszcie ruszą grzyby. Wprawdzie na Plantach Szubertowskich pojawiły się śmierdzące smardze vel śmierdziuchy czyli sromotniki bezwstydne, ale na lepsze grzyby trzeba będzie poczekać jeszcze parę dni, na zmianę fazy Księżyca. U nas grzyby trzymają się tej reguły i jak będzie cieplej, to pojawią się bez ochyby!



I jeszcze jedno – na tychże Plantach jakiś idiota zrąbał młodą lipę. Ja nie wiem, co to drzewko zaszkodziło temu bezmózgowcowi, ale widać głupota tego nieszczęsnego narodu postępuje z biegiem czasu i nie widać światełka w tunelu…  

    

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Sprawiedliwość po naszemu


W salonach Las Vegas
Świetnie się bawiłeś
Życia używałeś
Mocne trunki piłeś

A my tutaj w Polsce
Walczyli, strajkowali
Naszych mordowali
Na posterunkach „łamali”

Nam renty i zasiłki zabierali
Kalekom dodatki opiekuńcze obcinali
A tobie majątek zwracali
Chociaż myśmy ci nic nie zabrali

Do Polski przyjechałeś
Gdy już wolność była
Kamienice odzyskałeś
Lokatorów wyrzucałeś

Ty o Polskę nie walczyłeś
Zwiałeś za granicę
A teraz wróciłeś
By odzyskać kamienice

Wielu Polaków życie dla Polski narażało
O nich i nasze państwo zapomniało
Chociaż wielu z nas „naszych” do władzy wybierało
Ale że to „nasi” tak nam się wtedy zdawało

Miała być Polska wolna i sprawiedliwa
Miała być matką dla całego Narodu
I owszem, jest matka dla tych, co się obłowili
A macocha dla tych, co o nią walczyli

Gdzie „Solidarność” z tamtych lat
Gdzie szczytne ideały
Rozwiał je zachodni wiatr
Tylko wspomnienia pozostały

Wspomnienia i ta, co nie ginie
Co nam pomagała przetrwać
W dawnych Polski dziejach
Tylko ona nam pozostała – nadzieja



Franciszek Macias

niedziela, 22 czerwca 2014

Ścieżki zdrowia



Mam zawroty głowy
W oczach wszystko mi wiruje
W piersi coś mnie ściska
I powietrza mi brakuje

Idę na mą ścieżkę zdrowia
Ona zawsze mi pomaga
Wzmacnia mnie i sił dodaje
Gdy organizm niedomaga

Góry i brzegi, wąwozy, potoki
I wokół wszędzie piękne widoki
Rośliny lecznicze, co uzdrawiają
I kapliczki przydrożne, co cuda sprawiają

Idę ścieżką Na Podlaski
Na Harcerskiej Polanie Bogu dziękuję
Że mi daje znaleźć
To czego szukam, czego potrzebuję

Tam dalej na górze
Na łąkach i polanach
Szukam skarbów ziemi, jak je starzy ludzie nazywają
Są to rośliny lecznicze, które zdrowie przywracają

Tam w trawie schowany
Przy samym lesie
Rośnie nieduży BIEDRZENIEC
Który ulgę płucom niesie

A na łące DZIURAWIEC
Dziurki w liściach, kwiaty herbaciane
To zioło uniwersalne
Od wieków stosowane

On leczy wątrobę, żołądek, pęcherzyk żółciowy
Nawet w ginekologii pomagać gotowy
Oprócz tego olej z tego zioła
Wiele innych schorzeń powstrzymać zdoła

No a BABKA, co liście ma jak lance
Osłonowo i wyksztuśnie działa
Nie jedną infekcję dróg oddechowych
U starszych i dzieci powstrzymała

Gdy już słabo widzisz
I problem masz z oczami
To na pewno im pomożesz
Ze ŚWIETLIKA kropelkami

A gdy słabe masz krążenie
Ucisk w sercu czujesz
To nalewką z kwiatu GŁOGU
Szybko to zlikwidujesz

Jeszcze jest tak wiele
Tych ziół do leczenia
Wystarczy iść i zbierać
W nie obfituje nasza ziemia.

Dzięki tym roślinom
Odwarom, które piję
Wiersze jeszcze piszę
No bo jeszcze żyję.


Franciszek Macias

sobota, 21 czerwca 2014

Zacni obywatele galicyjskiego Jordanowa


W dniu 20.VI.2014 roku, w sali audialnej MOK odbyła się prelekcja przeprowadzona przez Pana Stanisława Bednarza, pt. „Wybitne postacie Jordanowa w czasach Galicji”. Autor przedstawił nam postacie ówczesnych burmistrzów i proboszczów, którzy kierowali naszym miastem w XIX wieku aż do odzyskania niepodległości w 1918 roku.

W swoim wystąpieniu Pan Bednarz podkreślił szczególną rolę, jaką pełnili w Galicji światli Polacy – najczęściej aptekarze jak np. Marian Köhler, których wiedza i wysoki poziom moralny predestynował ich do pełnienia funkcji kierowniczych i przywódczych w tym zniewolonym przez zaborcę społeczeństwie. Takimi byli również czterej burmistrzowie od 1830 do 1920 roku: Józef Kubica, Józef Kalczyński, Józef Stolaski, Józef Kukla.

Podobną rolę w społeczności naszego miasta odgrywali proboszczowie: ks. kan. Jan Nowak, ks. kan. Jakub Bułakiewicz, ks. kan. Michał Grudziński, ks. kan. Ludwik Choróbski, którzy starali się o utworzenie Parafii, budowę i rozbudowę kościoła oraz całej infrastruktury z nim związanej. Należy wspomnieć, że jeden z najbardziej szacownych i szanowanych polskich duchownych ks. kardynał Adam Stefan Sapiecha był drugim honorowym obywatelem naszego miasta. Przy czym ciekawostką jest to, że tym pierwszym był – jak przypuszczają nasi historycy – arcyksiążę Ferdynand Habsburg. Ten sam, od którego zamordowania rozpoczęła się I Wojna Światowa…

Podkreślił on także rolę tychże obywateli jordanowskich w tworzeniu Straży Pożarnej i jej zaplecza, dzięki czemu Jordanów zapewne uniknął losu wielu ówczesnych miejscowości trapionych przez żywioły ognia i wody…

Poza tym prelegent skupił się także na rozwoju naszego miasta, któremu zapewniła to kolej żelazna, a także działalność cechów rzemieślniczych, stowarzyszeń społecznych i sportowych będących szyldami dla polskich patriotów oraz kupców – w tym wyznania mojżeszowego. W radzie miejskiej zasiadał zawsze jeden przedstawiciel gminy żydowskiej, co było jej przywilejem.

W tym kontekście, tym dziwniejsze są głosy niektórych mieszkańców, którzy domagają się uwzględniania za każdym razem roli Żydów w historii Jordanowa. Sprawa odnowienia kirkutu na Mąkaczu, której ruszenia niektórzy tak bardzo łakną, ma to do siebie, że nawet sami Żydzi nie są nią zainteresowani. Uważam, że kirkut to jest sprawa samych Żydów i to oni powinni się tym zająć. To po pierwsze, a po drugie - kto ma na to wyłożyć kasę? Mieszkańcy Jordanowa? A to z jakiej racji? Czy nie chodzi tu czasem o załatwienie swoich własnych spraw rękami i za pieniądze Polaków? Zauważam przy tym bardzo niedobry trend obciążania Polaków winą za niemieckie zbrodnie wojenne na Żydach, który zaczął się w Jedwabnem. Jeszcze trochę i usłyszymy, że to Polacy są winni Holokaustu i chyba o to tutaj chodzi. Szczególnie jak Niemcy podsypią euro orędownikom tej śmierdzącej sprawy, którzy na widok pieniędzy dostają małpiego rozumu. Nie dajmy się zwariować, bo zrobią z nas polskich zbrodniarzy wojennych na tej samej zasadzie, jak robią „polskie obozy zagłady”. Non possumus! 


Prelekcja trwała 90 minut i była bardzo interesująca, szczególnie że wśród słuchaczy była Pani Magda Stankiewicz – prawnuczka burmistrza Stolaskiego. Mamy nadzieję, że czekają nas dalsze ciekawe prelekcje w wykonaniu Pana Bednarza. 

sobota, 14 czerwca 2014

Upały i „ceglaki”


Ostatni tydzień był niesamowity pod względem pogody. Od dnia 7.VI do wczoraj mieliśmy atak gorących mas powietrza znad Afryki Północnej. Saharyjski podmuch dawał nam temperatury rzędu +13,7…+15,4°C w nocy i do +33,2°C w dzień (10.VI), suchy wiatr z północy i północnego-wschodu dawał nam jedynie 20% wilgotności powietrza. Jednym słowem mieliśmy przedsmak podróży do Tunezji czy Egiptu. Nocami na bezchmurnym niebie widzieliśmy koniunkcje Księżyca z Marsem i Saturnem, no i oczywiście przeloty ISS.






Pierwszy sygnał załamania pogody mieliśmy  12.VI, kiedy to nad Jordanów napłynęły ciemne chmury i wydawało się, że lada chwila będzie co najmniej oberwanie chmury albo tornado. I – jak zazwyczaj – burze obeszły nas bokiem: jedna poszła na Myślenice, druga na Tatry i Spisz. Pan Bednarz stwierdził, że znowu Matka Boska Pani Jordanowska ochroniła nas swym płaszczem… Z całej tej abortowanej burzy podziwialiśmy jedynie ciekawe chmury – Mammatus – z wyglądu przypominające krowie wymiona.







Dzisiaj pogoda się pogorszyła i po rannym +13,4°C, na niebie pojawiły się deszczowe chmury, z których dzień wcześniej spadło 3,22 mm deszczu. Tym niemniej poszedłem dzisiaj do lasu i ciesząc swe oczy wszystkimi odcieniami brązów i zieleni poszukałem grzybasów.








Nie było ich wiele, ale na rozkładzie mam jednego śliczności-borowiczka, cztery poćce, jednego podgrzybka zajączka i kilka kurek. Poza tym widziałem piękny okaz jakiegoś leśnego storczyka, który też sfociłem. Wczoraj była pełnia, a zatem nie można było liczyć na nic więcej, poza pojawem. 









Do domu wróciłem ścigany deszczową „chają”, która dosłownie kropiła mnie po plecach, a kiedy dotarłem do domu – rozlała się zupełnie… Tak wiec czekamy na kolejny wysyp, który powinien osiągnąć swe apogeum za dwa tygodnie.  

środa, 11 czerwca 2014

A może by tak parking z widokiem na Przykiec?


Przechodzę codziennie obok pustego placu po Manhattanie i nie mogę się doczekać, kiedy coś wreszcie się tam ruszy. Jak na razie nic się tam nie dzieje, więc ogarnia mnie niepokój, czy znów nie czeka nas „epoka płotu” na północno-zachodniej pierzei Rynku? To jest jedna z tych rzeczy, której bym sobie absolutnie nie życzył!


Mam pomysł: gdyby nie wypalił projekt Galerii Jordanowskiej to dobrze byłoby urządzić na tym placu porządny parking z prawdziwego zdarzenia. Przecież nasze Miasto nie ma porządnego miejsca do parkowania, poza Rynkiem, który jest już przeładowany pojazdami, a w poniedziałek, to już w ogóle… Poza tym odciążyłoby to ulicę Mickiewicza, która w poniedziałki jest załadowana samochodami, że to jeszcze cud, że nie doszło tam do jakiejś masakry. A tak, bo w poniedziałki w Jordanowie mamy kolejny odcinek horroru drogowo-parkingowego pt. „M jak masakra”. Niektórzy kierowcy zachowują się wręcz jak bezmózgie bydło (przepraszam wszelką rogaciznę za to porównanie), któremu wydaje się, że cała droga doń należy i nie ma na nie mocnych. I dobrze byłoby, gdyby nasza kochana policja od czasu do czasu zrobiła nalot także na ul. Mickiewicza i zobaczyła, co się tam wyrabia…  



W inne dni też nie lepiej – wystarczy, że pojedzie śmieciarka czy „szambelanka” i już mamy korki, klaksony i (czasami) karczemne awantury. Dlatego uważam, że parking by się przydał. I może wreszcie odciążyłoby to Rynek od stojących na nim pojazdów. To by wyszło wszystkim na zdrowie!


A tak już à propos tej nieszczęsnej Galerii, to chciałbym wiedzieć, gdzie będą parkować jej klienci? Malutki placyk przy Domu Strażaka na pewno nie wystarczy, a ul. Mickiewicza będzie całkowicie zatarasowana. Dobrze byłoby, gdyby Rynek uwolnić od samochodów, ale na to potrzebna byłaby obwodnica – przede wszystkim dla ciężarówek TIR. O ile wiem, to kiedyś były takie plany, ale jak zwykle – najprostsze rozwiązania w tym kraju są nie do przyjęcia, bo nikt się przy tym nie nachapie… - więc nadal TIR-y będą wgniatały asfalt, ryczały silnikami i smrodziły wyjeżdżając pod Zakręty, a w zimie tarasowały jezdnię na DK 28.

Pomysł tunelu pod Jordanowem nie był taki głupi, to miałoby sens, bo odciążyłoby Rynek od ruchu tranzytowego, ale z drugiej strony pytanie: kto by na to wyłożył kasę i kto by to wykonał? I znowu, kto by się na tym nachapał? Polska kwadratura koła.


I to niejednego!      

czwartek, 5 czerwca 2014

Koniec pewnej epoki


Jak już kiedyś wzmiankowałem, nasz jordanowski Manhattan został rozebrany i pozostały po nim jeno zdjęcia i wspomnienia. Mamy teraz z Rynku szeroki widok na masyw Przykca i okolicznych szczytów. Osobiście wolę to, niż jakieś obskurne budy – no ale de gustibus non disputandum… Nastał koniec pewnej epoki.


Prawdę powiedziawszy, to Rynek nam pięknieje – odnowiono kolejny dom – tzw. „stare przedszkole” koło budynku Poczty Polskiej i UG. Mieści się tam teraz optyk i Apteka Jordanowska, która całkowicie zmodernizowana czeka na klienta. Można się z tego cieszyć – przynajmniej Rynek będzie wyglądał, jak Pan Bóg przykazał, o ile…




No właśnie – o ile w ogóle powstanie ta Jordanowska Galeria. Mam nadzieję, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, prawnie i formalnie – a inwestor czy inwestorzy nie dadzą krewy. Wystarczy bowiem, by formalności prawne nie były dopięte, a wszystko albo się przesunie w czasie, albo upadnie, bo inwestorzy się wycofają. I co wtedy? – znowu władze miasta postawią ohydny płot z desek?...



Poza tym sam pomysł Galerii ma to do siebie, że jak się tego obawiam, pozwoli na wywindowanie cen na kosmiczny poziom. Pytanie za 64.000 $ USA albo 64.000 €: kto w tej Galerii będzie kupował? Tylko ci, których na to będzie stać? A dzięki coraz bardziej „świetlanym reformom” rządzących nami sitw i klik, Polacy mają coraz mniej pieniędzy w kieszeni, a co za tym idzie na wydatki, a zatem nie będzie ich stać – to oczywiste.



No nic to, pożyjemy – zobaczymy. Będę kibicował powstawaniu tej inwestycji i śledził jej rozwój. Mam nadzieję, że jednak coś z tego będzie, wszak nadzieja zawsze umiera ostatnia…