sobota, 31 października 2015

Jordanowska jesień i dziwny jarmark




Mało co w naszym życiu jest piękniejszego od jesieni, a szczególnie w Beskidach, na Jordanowszczyźnie. Ziemia Jordanowska jest cudowna właśnie w czasie babiego lata czy jak kto woli – złotej polskiej jesieni. Mało gdzie mamy szaloną grę mocnych i ciepłych barw skontrastowanych z chłodnym błękitem nieba. Tego nie da się podrobić, to trzeba zobaczyć.



Szczególnie piękny jest jordanowski park śródmiejski, który jesienią gra kolorami i cieszy oczy zmęczone bezustanną pogonią za czymś, co stanowi o naszym życiu. Czasami warto jest oderwać się od ekraniku telefonu czy innego komputera i zawiesić oczy na widoku płonących czerwienią, brązem i żółcią drzew, przez kilka sekund zachwycić się nim i powrócić do swej pracy. Warto.




I tylko szkoda, że nie do każdego ten widok trafia. Niestety, są tacy, których on mierzi i najchętniej wycięliby Planty do ostatniego drzewa, zabetonowali, wyasfaltowali i nasadzili betonowych słupków albo postawili parasolki. Były takie projekty! Nawet nie odnoszę się do takich pomysłów, bo są równie głupie jak ich pomysłodawcy, a z jakimiś pomyleńcami się nie dyskutuje. Boję się także tego, że kiedy stanie Galeria Jordanowska, to jakiemuś nawiedzonemu półmózgowi przyjdzie do głowy wyciąć kasztany, które przy niej rosną…




A teraz z innej beczki, ale też dotyczące Jordanowa.


Jakże nie podobają mi się niektóre chore pomysły w rodzaju „Niezależnego kiermaszu wszystkiego w miasteczku galicyjskim”. Nie mam nic do kiermaszów, także niezależnych (od kogo/czego?), nie mam niczego do wszystkiego (o ile nie narusza to prawa) natomiast mam pretensje do tego „galicyjskiego”. Nie wiem, czy pomysłodawca tego kiermaszu zastanowił się nad tym, co naprawdę oznacza to „galicyjskie”? Czy chodzi tutaj o hiszpańską Galicję, o której śpiewa Julio Iglesias, gdzie znajduje się znane na cały świat sanktuarium San Santiago de Compostella, czy o terytoria polskie pod zaborem austriackim – zwane popularnie „golicją i głodomerią”? Czy właśnie o to chodzi? No cóż – może to i nie bez racji, bo pod „światłymi” rządami poprzedniej koalicji faktycznie, z Polski omal nie pozostała tylko golicja i głodomeria

Poza tym nie przypominam sobie, by Towarzystwo Miłośników Ziemi Jordanowskiej brało jakikolwiek udział w organizacji tej imprezy, czy ją firmowało!

Uważam, że nie ma co wspominać czasów rozbiorów, a przynajmniej gloryfikować ich poprzez pakowanie przymiotnika „galicyjski” do różnych imprez czy w nazwy różnych obiektów: piekarnia galicyjska, karczma galicyjska, etc. etc. – przecież tutaj naprawdę była przede wszystkim była galicyjska bieda, o czym już się zapomina. No chyba, że Polak ma jednak duszę niewolnika, który tęskni do swego pana… - nawet nie chcę tak myśleć i mam nadzieję, że nikt zdrowy na umyśle tak nie myśli. Mam nadzieję, że pomysłodawca tego galicyjskiego knota miał wtedy swój zły dzień i nie zastanowił się nad konsekwencjami swego pomysłu. Mam nadzieję, że ten kiks zostanie wyprostowany i będzie to normalny POLSKI czy MAŁOPOLSKI jarmark historyczny, a nie jakaś galicyjska podróba…

środa, 28 października 2015

Ostatnie grzybobranie


Zamykam nieciekawy sezon grzybowy 2015 roku. Po potwornej suszy przyszło trochę deszczu, ale zanim zasuszona grzybnia się zaktywizowała, przyszły mrozy i w lesie pokazały się pustki…



Oczywiście grzybami sypnęło i to nawet nieźle – pojawiły się wszystkie „rurkowce”, no może poza goryczakami żółciowymi, bo tych niemal w ogóle nie było. Ale za to pojawiły się borowiki wszelkiej maści i kalibru, kozaki i podgrzybki. Sypnęło także rydzami i szmaciakami gałęzistymi. W sumie –różnorodność została zachowana.





Dzisiaj wybrałem się na ostatnie grzybobranie w tym sezonie – i poszedłem na Podlaski i na Cioska. Przede wszystkim w oczy rzuciła mi się ogromna ilość muchomorów czerwonych. Poza nimi pojawiły się różne bedłkowce i opieńki – ale niejadalne.





Z jadalniaków udało mi się złapać dwa dorodne mózgi leśne, czyli szmaciaki, czy też siedzunie (po cholerę tyle nazw???) oraz jakieś 10 podgrzybków brunatnych i zajączków. I to wszystko. Pokot niezbyt obfity, ale jak na zakończenie to całkiem sympatyczny. I smaczny!





No i te beskidzkie krajobrazy – cudowne widoki z Beskidzkiej Szamballi! Te niebieskie niebo, te kolory! Mieszkamy w najpiękniejszym zakątku świata!







A zatem do zobaczenia w maju! 

poniedziałek, 26 października 2015

Sprzątanie okolic Jordanowa


W sobotę 25.X miała miejsce kolejna akcja likwidacji dzikich wysypisk śmieci w Jordanowie i okolicach. Biorąca w tym udział ekipa Towarzystwa Miłośników Ziemi Jordanowskiej sprzątała koryto potoku Chrobaczanki, trzy inne ekipy udały się na Strącze, nad las nad ul. Komunalną, gdzie było dzikie wysypisko śmieci i do Lasu Na Flakówce.  Zlikwidowano w ogóle kilka wysypisk w podanych lokalizacjach.




Prawdę powiedziawszy jest to syzyfowa praca, jako że mieszkańcy naszego Miasta nie dorośli do tego, by w nim mieszkać. Co więcej – hołdując zasadzie, że „mój dziadek wywoził śmieci do lasu, mój ojciec wywoził śmieci do lasu, to i ja wywożę” – sądzi taki jeden z drugim, że zaoszczędzi w ten sposób 36,- PLN. Oczywiście ta oszczędność jest iluzoryczna, ale problem tkwi w tym, że przeciętny Polak nie potrafi myśleć z wyobraźnią i tkwi w starych schematach, które – w jego mniemaniu – są sprawdzone. I tak jak w piosence sprzed lat:

Spacerujem ulicami
Sam na sam ze spalinami
Chcę napełnić wodą dzbanek
A tu z kranu cieknie cyjanek!
Koty za płoty
Koza do woza
Azor do budy
Ropa do morza
Koty za płoty
Wół do karety,
Azor do budy
Śledzie do sety…

Taka właśnie jest mentalność ekologiczna ciemnego polskiego wieśniaka, który sprowadził się do miasta, ale już nie przejął miejskich nawyków i wciąż mu się wydaje, że jest u siebie, na wiosze… Nie mam nic do chłopów, ale takie zasmradzanie i brudzenie wszystkiego dookoła powinny być tępione i to surowo.




Zresztą co ja się tutaj będę strzępił – popatrz Czytelniku na zdjęcia i trochę pomyśl! Obrażamy się, kiedy ktoś wytyka nam brud, smród, głupotę i ubóstwo, ale czy to nie my sami dajemy komuś do tego powód? Te wyrzucane kanapy, meble, butelki, plastyki – całe zatory śmieci i odpadków w korytach potoków! Meble wyciągane linami i wyciągarką, które ktoś wrzucił do potoku! Te śmieci i odpady wielkogabarytowe rozkładają się, butwieją, wydzielają trucizny do wody. A potem my pijemy tą wodę, ale to już tych eko-idiotów nie obchodzi. Najważniejsze, że „zaoszczędzili”! A ile potem będą bulili lekarzom łapówek, to jeden Pan Bóg wie.





Sprzątanie jest potrzebne, bo Jordanów ma status miasta letniskowego. Przebiegają przezeń szlaki turystyczne – w tym Główny Szlak Beskidzki i szlak pielgrzymkowy pomiędzy Kalwarią Zebrzydowską a Rabą Wyżną i Ludźmierzem. Jak my wyglądamy w oczach tych ludzi, którzy przemierzają Ziemię Jordanowską? Wiem, oczywiście wstyd nie dym, oczu nie wygryzie, głupota nie boli, da się z nią żyć – tylko jak długo…?    



Zdjęcia - W. Bednarz

sobota, 24 października 2015

A galeria wciąż rośnie…!



A nasza miejska Galeria wciąż rośnie i pięknieje. Teraz dopiero zdajemy sobie sprawę z ogromu tej budowli! Najlepiej oddają to zdjęcia, które prezentuję poniżej:
















Mam nadzieję, że będę miał przyjemność obfotografować całość, kiedy będzie ukończona i oddana do użytki. I tylko martwi mnie to, co stanie się z drzewami, które rosną koło Galerii. Mam nadzieję, że nie wytnie ich jakiś nawiedzony świr z ciasnym umysłem i bez zmysłu estetycznego…?


A swoją drogą kolejny dom, który powinien być odnowiony, bo jest przecież przedwojenny znajduje się na ul. Mickiewicza 14. Na razie stoi i niszczeje, a przecież jest na tyle ładny, że szkoda by tak właśnie niszczał. Jordanów potrzebuje muzeum miejskiego, więc ten dom by się nadał.