niedziela, 13 sierpnia 2017

Ja-cek Fedorowicz w Jordanowie



W piątkowy wieczór, 11 sierpnia, w jordanowskim MOK pojawił się człowiek-legenda polskiego kabaretu, kabareciarz, satyryk, pisarz i grafik w jednej osobie Pan Jacek Fedorowicz. Legenda mojego pokolenia, niezapomniany Ja-cek Fedorowicz z programów TV z cyklu „Poznajmy się”, „Kariera”, filmów „Kochajmy syrenki” czy „Nie ma róży bez ognia”, radiowej Trójki „60 minut na godzinę” jako niezapomniany Kolega Fedorowicz, Fedorczyk i Kolega Kierownik z Dyrekcji Cyrku w Budowie… Teraz zaś błysnął jako autor książki pt. „Święte krowy na kółkach” stanowiącej zbiór felietonów traktujących o naszej współczesności Polski lat 2000-nych.







W czasie swego dwugodzinnego wystąpienia zapoznał nas ze swym artystycznym życiorysem i niektórymi felietonami, które okrasił błyskotliwymi refleksjami na temat aktualnej sytuacji politycznej w kraju. W sumie były to dwie godziny najbardziej krytycznej i zarazem konkretnej analizy aktualnej politycznej schizofrenii paranoidalnej made by PiS. No cóż, bonzowie tej partii sami dają mu do ręki amunicję, którą razi on nadzwyczaj celnie.

Niestety, w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu. Nasz bohater nie oparł się antykomunistycznemu kombatantyzmowi i opowiadał nam, jak to dokładał komunie na antenie Polskiego Radia. Robił to w kabotyńskim stylu kabareciarza spod Egidy i czekałem tylko na to, że zacznie opowiadać, jak to sikał w ulotki ssąc smoczek i słuchając Wolnej Europy. Na szczęście do tego nie doszło…



Śmieszne bowiem jest to, że jest on jednym z tych artystów, którzy wypłynęli na szerokie wody popularności właśnie dzięki temu, że krytykował on nonsensy PRL-u, co robił uroczo i finezyjnie. Pamiętam jak słuchaliśmy jego wystąpień, bo każde zdanie było zawoalowaną aluzją, każde słowo potencjalną miną, wobec których cenzura była bezsilna. No, ale to były czasy Polski Ludowej, której cenzorzy zmuszali autorów do odwagi, inteligencji i kultury – rzeczy dzisiaj nieosiągalnych, kiedy odwaga staniała, a chamstwo stało się immanentną cechą satyry i kabaretu. Gdyby nie PRL, byłby może wziętym grafikiem czy malarzem, a tak stał się mistrzem satyry. Opowiadanie o walce z komuną powoli stają się démodé i uważam – nie tylko ja, że najwyższy czas z tym skończyć. Takie opowieści są dobre dla słuchaczy pewnego Radyja, ale nie dla ludzi, którzy pamiętają tamtą epokę i wiedzą, że nie była ona taka zła, jak to się teraz nam to wmawia.










I dlatego bardzo Pana proszę – Panie Jacku, niech Pan trzyma klasę i nie zniża się do poziomu pospolitych zakłamywaczy historii, opowiadaczy bajek oraz wciskiwaczy ciemnoty. Ja bardzo proszę –


Robert Leśniakiewicz         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz