środa, 31 lipca 2019

PESA, PENDOLINO i inne


Szynobus PESA...

Ostatnio musiałem wybrać się do stolicy i korzystając z okazji odbyłem tą podróż pociągami. Byłem ciekaw szalenie, jak się przestawiają warunki podróży nowymi zestawami PESA i PENDOLINO, o których tyle słyszałem.

Tak więc o godzinie 05:56 wyruszyłem z Jordanowa go Krakowa Głównego jednostką wyprodukowaną przez bydgoskie zakłady PESA. Pociąg ten określono mianem szynobusu - ma nowoczesny design i na torach spisuje się doskonale. Pociąg należy do REGIO Przewozów Regionalnych. Wnętrze wygląda bardzo nowocześnie i przytulnie: wygodne lotnicze siedzenia, informatory świetlne i monitory TV, poza tym informacje na fonii w dwóch językach: polskim i angielskim. No i przede wszystkim uprzejmość załogi pociągu i znajomość języków – to signum temporis XXI wieku i przynależności do UE!



...i jego wnętrza

Pociąg czy jak kto woli szynobus przyjeżdża na stację Kraków Główny o czasie, co do minuty! „Jak za Austryji” – przypominają mi się słowa mojego dziadka, który często wspominał czasy c.k. Monarchii i twierdził, że wtedy w Polsce panował prawdziwy porządek. I coś w tym jest… Co ciekawe, przejazd trwa 2 godziny zamiast 3 czy nawet 3,5 godziny, a to dlatego że pomija on stację Sucha Beskidzka i Kraków Płaszów, gdzie traciło się najwięcej czasu ze względu na tzw. „nawrotki”. Bilet kosztuje 12,- PLN.

Po odstaniu swego w długaśnej kolejce do kasy biletowej (na to nawet komuteryzacja nie pomogła – sic!) poszedłem na peron 5, gdzie czekał już na mnie PENDOLINO należący do InterCity Premium. Ceny biletów są zabójcze – 150,- i 230,- PLN, co uzasadnione jest tym, że PENDLOINO na tle pozostałych pociągów jest tym, czym był Condorde dla lotnictwa cywilnego. Wsiadam więc do pociągu i o czasie – dwie minuty przed ósmą – ruszamy. Gdyby nie to, że peron naraz odpłynął w tył nie wiedziałbym, że ruszyliśmy. Zmiany przyspieszenia są tak delikatne, że niemal niewyczuwalne, a silniki pracują bardzo cicho – niemal niedosłyszalnie. Tylko prędkość się zwiększa i na CMK pociąg grzeje już 160-170 km/h. Jak na nasze warunki to super, ale daleko nam do francuskich TGV lub jeszcze szybszych japońskich Shinkansen… Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy mieli tak szybkie koleje!




Pendolino

Pasażerów w moim wagonie jest niewielu – jakieś 20 osób. Obok mnie siedzi jakiś Murzyn z Republiki Środkowoafrykańskiej. Z tyłu grupka Brytyjczyków. To, co ma miejsce w UE powoli u nas staje się normą. Na dworcu w Krakowie też widać było Azjatów, Afrykańczyków i inne nacje. Polska – mimo wszystko – staje się powoli kosmopolitycznym krajem…

Do Warszawy przybywam o czasie. Z powrotem jadę ekspresem KRAKOWIAK – Tym razem jest to „normalny” pociąg, ale jadący przez CMK z prędkością 150-160 – a w szczycie 166 km/h! I znów, dwie godziny z minutami i jestem w Krakowie na Głównym. W podróży towarzyszy mi polsko-amerykańska sympatyczna rodzina jadąca do krewnych w Krakowie. Reklamuję im nasze Beskidy i Tatry. Mam nadzieję, że skorzystają z moich sugestii.

Słowo o tym, co widziałem po drodze. Podobnie jak w 1992 i 2003 roku uderzyła mnie ogromna susza, która wypaliła ogromne połacie łąk i upraw. Zboża niziutkie, nawet kukurydza mierna. W lasach widać ogromne połacie wysuszonego podszytu i roślinności dna lasów. Nawet opady burzowe nie są w stanie już niczego zmienić. Będzie bardzo nieciekawie w tym roku na rynku żywności krajowej.



Jedziemy 166 km/h!

A wracając jeszcze do kolei – staje się coraz nowocześniejsza i to bardzo cieszy. Stacje wokół Krakowa są odnawiane, odmalowane i coraz ładniejsze. Niestety, u nas zamiast nowoczesnego budynku stacyjnego mamy szary blokhauz i zapuszczony peron, a przez brudną szybę ledwie można odczytać rozkład jazdy. I nie zmienią tego nawet najnowocześniejsze pociągi! Mam nadzieję, że jeszcze dożyję zmian – tych naprawdę dobrych i nie tylko z nazwy...  
   

A jednak gdzieś atawistycznie daje o sobie znać tęsknota za czasami, kiedy po stykowych szynach, stukając na spoinach jeździły potężne parowozy, dymiące, sapiące i kipiące parą, pachnące rozgrzanym żelazem i zasiarczonym węglem, i buchające gorącem bez względu na porę roku. Czasami tęsknię za kłębami dymu z iskrami na tle rannej czy wieczornej zorzy albo poświaty księżycowej. To się nazywa romantyka starej kolei z czasów naszej młodości. Szkoda, że to już było i nie wróci. I nie rozumiem, dlaczego jest tak mało pociągów retro, które w lecie powinny kursować w każdy dzień - wszak turyści na pewno by się przejechali szlakami, po których jeździli ongi wielcy Polacy i inni ludzie zasłużeni dla kraju.

Może ktoś wreszcie o tym pomyśli?     

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza